Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polaroid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polaroid. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2017

#14 Polaroid (V)

Najmniejsza rzecz





Mila po raz piąty tego dnia wylogowała się z portalu sprzedażowego i po raz piąty tego dnia wypuściła powietrze z ust z rezygnacją. Nikt nie widział siebie w domu, w którym rok po roku wyczarowywało się jej dzieciństwo. Pomyślała, że to pewnie wina nieprzemalowanych na biało ścian – taki zabieg podobno ułatwia potencjalnym kupcom wyobrazić sobie siebie w danej posiadłości – i postanowiła, że jeśli znajdzie siłę, podejmie się tego w przyszłym tygodniu. Nadal miała bowiem zaległy urlop do wykorzystania.
Nastała jesień; bardzo dżdżysta i wietrzna, zimna i nieprzyjemna. W drodze do pracy jedynym pocieszeniem dla Elin była myśl o sprawnej (wreszcie) klimatyzacji w biurze i oderwaniu się od dylematów, które ścigały ją od miesiąca, nie pozwalając prędko zasypiać wieczorami. Nie lubiła ich; wzbudzały w niej poczucie winy, niepokój i niemal niepohamowaną potrzebę wybrania w komórce numeru, który potrafiła wyrecytować choćby obudzona w środku nocy. Nie miała go w kontaktach, bo wcale nie musiała.
Kiedy myśli zaczynały burzyć jej z wolna budowany ład, pojawiały się w jej głowie argumenty „za” podjętą decyzją: że on pewnie już o niej zapomniał, że to był idealny „ostatni akt” ich znajomości, że przecież on naprawdę nie mógł jej wybaczyć, bo to przeczyło jakimkolwiek zasadom logiki, a Peter był cały zbudowany z racjonalizmu i logiczności. Egoistyczna jednak część jej charakteru – ta, która była winowajczynią całego zamieszania – podpowiadała jej, że gdyby nie uciekła starym zwyczajem z hotelu, teraz na jej palcu błyszczałby znowu pierścionek.
Tylko czy to byłoby dobre dla niego? Męczyć się ze świadomością, że jego narzeczona zrobiła mu takie świństwo?
Mila spojrzała na swój palec serdeczny, by po chwili zacisnąć lewą dłoń w pięść.
Nie, i nawet nie waż się myśleć inaczej, skarciła się w duchu.
Być może takie właśnie były profity niewyznania tej małej rzeczy. Bo wtedy mogłyby dojść niepotrzebne komplikacje, wątpliwości... Bez nich ich sytuacja była pozornie czysta. To mózg kusił ją samolubnymi wizjami. Zagłuszała je więc wyuczonymi historyjkami i pracą.
– Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! – Wielki stos wydruków wylądował z hukiem na jej biurku, a Mila cała podskoczyła.
Spojrzała na swoją szefową, która znowu była w wyśmienitym nastroju. Kiedy ostatni raz ją taką widziała, ogłaszała bankiet. Elin nie miała więc pewności, czy nadchodzący news był taki cudowny, jakim go Jelar reklamowała.
Wspomnienia z tamtej nocy błysnęły jej przed oczami, więc intuicyjnie zacisnęła powieki.
Oderwała dłonie od klawiatury. Jelar usiadła na niewielkim skrawku jej biurka, wyraźnie zadowolona z siebie. A Elin czuła się tylko bardziej zagrożona.
– Jestem dobroduszna i cię lubię, bo nie jesteś tam żadna pierwsza lepsza – zakomunikowała szefowa. Choć powinna była się poczuć doceniona, młodsza redaktorka wywołała w sobie tylko większe poczucie strachu. – A nasze przychody pozwoliły nam ostatnio na większą szarżę... Spieszę wyjaśnić, że jakiś miesiąc temu otworzyłam filię w Londynie. Tłumaczymy nasze słoweńskie dzieła na angielski i muszę przyznać, że mają popyt. Oczywiście, nie tylko naukowe, literatura popularna stanowi tam podstawę funkcjonowania, ale... ten oddział pilnie potrzebuje porządnej pani redaktor.
Serce w piersi Mili zamarło na chwilę.
W najśmielszych snach nie wyobrażała sobie, że mogłaby kiedykolwiek dostać taką szansę. Zadowoliłaby się posadą zastępczej redaktor do końca życia, jeśli tylko miałaby służyć u boku Jelar, więc kiedy ta przyszła do niej z taką bombą, Elin poczuła, że jej kolana miękną. Całe szczęście, że tak czy siak siedziała. Nie mogła jednak wydusić słowa.
Taka propozycja wstrząsnęłaby jej życiem dwa razy mocniej niż szkolenie w Japonii. Wyjechałaby do Anglii na stałe. Być może odwiedzałaby Słowenię raz na jakiś czas, a może i wcale – w końcu nie miałaby kogo odwiedzać.
Chyba że...
Przecież sprawa była zamknięta. Przecież postanowiła, twardo i nieodwołalnie. Dlaczego więc ostatnie dwie noce spędziła niemal bezsennie, wpatrując się w telefon, gotowa wpisać tych dziewięć liczb w każdym momencie? Kciuk wahał się, to blokował, to odblokowywał ekran, ale mętlik pozostawał. Koniec końców nie zdecydowała się na żaden gwałtowny ruch, a mimo to nie mogła znieść myśli, że miałaby być tysiące kilometrów od niego. Znowu. Dopóki siedziała w Celje, czuła, że wszystko jest na swoim miejscu – co stało jej na przeszkodzie, żeby wsiąść w samochód i pognać dziesiątki kilometrów do Kranja? A w Anglii nie byłoby to już takie proste. Będąc tam, oddalona o niemal całą rozciągłość kontynentu, na zawsze straciłaby szansę.
Głupia! GŁUPIA! Żadnej szansy! Daj mu spokój! Mało krzywd mu wyrządziłaś?, zganiła samą siebie.
– ...więc generalnie, wiesz, chciałam je zapisać tobie. – Głos ględzącej już przy swoim biurku Jelar wybudził ją z półsnu, w który zapadła, skoro tylko ponownie pojawił się w jej myślach Prevc. Spojrzała na szefową, ściągając lekko brwi w niezrozumieniu. Ta z kolei wywróciła oczami. – Nasze biuro.
Jeśli to wciąż było możliwe, Elin zdębiała jeszcze bardziej.
– Ale nie mogę – ciągnęła z westchnieniem, porządkując papiery na swoim stanowisku pracy. – Obiecałam to synowi ciotki. Wiesz, tej z Niemiec, co niedawno u mnie była. Ona dała mi pieniądze na rozwój, więc... Zresztą mądra jesteś, Elin, umiesz przeprowadzić prostą dedukcję.
Mila przytaknęła półświadomie.
Przeniosła wciąż jeszcze niezupełnie opanowany, pełen przerażenia wzrok na monitor, ale nie widziała liter i kolorowych ikonek. Próbowała wyłapać sensowne zdania z szumu w swojej głowie, ale jedynym, co miało jakikolwiek sens, było nazwisko Prevc. Jak natrętna mucha krążyło wokół jej głowy, nie chcąc odpuścić, mimo wielokrotnego odganiania.
– Aaa, masz tydzień na zastanowienie – dodała niemal beztrosko Jelar, pakując torebkę do wyjścia. – Potem daję szansę Mai.
Za szefową zatrzasnęły się szklane drzwi.
Mila wiedziała, że musi zapomnieć.


Kolejne dni wypełnione były napięciem i oczekiwaniem. I raczej nieciekawym samopoczuciem. Nie minęła taka godzina, której Elin choć w małej części nie poświęciłaby na zastanawianie się, co powinna zrobić. Sprzedaż domu mogłaby zwalić na karb kogoś dalszego z rodziny – ciotki, kuzynek, a może nawet samej Jelar. Ona na pewno zadbałaby o dobrego kupca. Choć, rzecz jasna, optymalnie byłoby sprzedać posiadłość przed wyjazdem, żeby uzbierać więcej funduszy na rozpoczęcie życia w Wielkiej Brytanii, ale Mila byłaby w stanie przyjąć i skromniejsze warunki.
Sama nie mogła sobie uwierzyć, że jedyną przeszkodą w wyjeździe był Peter. Ten Peter, któremu obiecała spokój i wolność. Dlaczego nie potrafiła się przemóc? Czy zakorzeniony w niej egoizm sięgał tak głęboko, że nie mogła przestać w kółko wyrządzać krzywdę osobie, którą szczerze kochała? Powinna w milczeniu patrzeć, jak układa sobie życie z kimś, kto nie zniszczyłby go tak, jak ona. Zasługiwała na zaledwie tyle – obserwowanie go z dystansu, zza szyby.
Wszystko wskazywało na to, że najrozsądniej byłoby wyjechać.
Zaczęła załatwiać ostatnie sprawy – badania lekarskie, konta w banku, szukanie walizek. Ale kiedy segregowała kolejne rzeczy, starając się oddzielić te niezbędne od niepotrzebnych, zapytała samej siebie, czy to nie kolejna z jej ucieczek. Mila Elin, jak nikt inny w jej otoczeniu, doskonale wiedziała, że uwielbia unikać problemów, oddalając się od nich na wiele kilometrów. Tak było w przypadku Japonii i tak też było z Anglią.
Usiadła na łóżku, wpatrując się w białą okleinę okazałej szafy. Sięgnęła do stolika nocnego po zdjęcie w ramce. Przetarła szybkę palcami i uśmiechnęła się do siebie. Co by powiedzieli jej oni, gdyby powiedziała im, co zamierza?
– Może by tak przestać wreszcie uciekać? – wyszeptała, niemal słysząc we własnym głosie ciepły baryton ojca i widząc jego łagodny uśmiech.
Ale pokusa była tak wielka... Ostatni raz, obiecuję, poprzysięgła sobie w duchu, wracając do systematycznego segregowania ubrań i zapełniania walizek. Postanowiła uczynić z Londynu ostatni przystanek swojej wiecznej tułaczki.
Zawahała się tylko na sekundę, gdy przyszło jej spakować pozostałe zdjęcia. Odciąć się czy cierpieć, ale mieć blisko?, pytała, przyglądając się tym dwóm pogodnym, uśmiechniętym twarzom – twarzom, które nie stanęłyby już obok siebie za nic w świecie. Bo nie wolno im było. Westchnęła, ale wepchnęła ramkę do walizki gdzieś na samo dno, mając nadzieję, że o niej zapomni. Chyba nie mogła bardziej się łudzić.
I wtedy zadzwonił telefon.
Być może to lepiej, że zdążyła schować zdjęcie, bo teraz na pewno wypadłoby jej z rąk, roztrzaskując szybkę w drobny mak.


* * *

Obserwował, jak próbowała zabić myśli, poprawiając zaległe teksty. Dzierżąca czerwony długopis ręka trzęsła się nieznacznie, okulary zsuwały z nosa, którego pociąganie roznosiło się po małym mieszkaniu raz za razem. Jej dolna warga także drżała, ale Mila starała się to zatuszować, przygryzając ją. Peter wiedział, że jego narzeczona, choćby prosił ją na kolanach, nie pokazałaby, jak bardzo czuła się zniszczona. Zachowywała pozory starego życia, ale on, jak nikt inny, przejrzał, że w środku Elin bezustannie próbowała się pozbierać, skleić potłuczone kawałki porcelany.
Przyczajony za framugą ościeżnicy, westchnął cicho i przeszedł do kuchni.
Nie miał pomysłu, jak do niej dotrzeć. Czuł osuwający się grunt spod swoich nóg, taki jak nie raz na treningu. A wtedy przecież się nie poddawał, tylko walczył z rozpędzonymi nartami aż do końca. To samo zamierzał uczynić z wymykającą mu się z rąk Milą. Zebrawszy więc w sobie siły, sięgnął po dwa kubki i zaparzył w nich herbatę.
Gdy zjawił się z nimi w salonie, Mila nie zareagowała. Ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem. Peter postanowił wypróbować i nagiąć nową barierę. Przysiadł tuż obok, początkowo w milczeniu patrząc na niemające dla niego sensu znaki na wydruku, a po chwili wymruczał jej wprost do ucha:
– Nie wciągaj glutów, glonojadzie.
Po upływie dwóch sekund poczuł coś, czego najmniej się spodziewał – łagodne wibracje jej ciała, wywołane cichym śmiechem. Oderwała wzrok od kartek i spojrzała na niego tak, jak od kilku miesięcy tego nie robiła. W smutnych oczach wysychały łzy, policzki lekko się różowiły, ale przede wszystkim – wreszcie go widziała. Patrzyła na niego, w końcu go zauważając.
– Bo co? – spytała zaczepnie.
Peter wciąż nie mógł uwierzyć, że tym prostym zdaniem odczarował to, czego nie udało mu się złamać przez ostatnie tygodnie. Prędko jednak zebrał myśli, nie chcąc burzyć tego, co do tej pory udało mu się zbudować.
– Bo zabronię ci czekolady – zachichotał. – To będzie twoja kara za niezdrowe nawyki.
Mila ponownie zaśmiała się perliście, po czym odłożyła papiery i podwinęła nogi, odwrócona bokiem do niego. Wyglądała jak własna wersja sprzed wypadku rodziców, jak Mila, w której się zakochał. Miał wrażenie, że właśnie wróciła z długiej podróży, bo poczuł, jakby ktoś w jednej chwili ukoił wszystkie jego tęsknoty.
Elin, wciąż uśmiechnięta, powolnie zbliżyła swoją twarz do jego i, począwszy od muśnięcia, zaczęła wpijać się w jego usta, a w Peterze wszystko odżyło na nowo. Przez tę jedną noc, kiedy znów byli razem, zdawało mu się, że odzyskał to, co utracił.
Ale usłyszał, jak w nocy wymknęła się chyłkiem z łóżka. Słyszał też jej cichy szloch w kuchni.
Wtedy zrozumiał, że Mila nosiła w sobie ranę, która nigdy się nie zagoi. A on nie będzie w stanie jej pomóc.

Prevc rozejrzał się po zielonym zboczu, siedząc na jego igelitowym wypłaszczeniu. Nad nim zbierały się ciężkie, szare chmury. Trener z pewnością to przewidział, dlatego przesunął trening o kilka godzin. Reszta kolegów Petera zajmowała prysznice, ale on nie miał ochoty wracać między ludzi, jakby uciążliwe stało się dla niego ich towarzystwo. I nie to, żeby nie znosił kumpli z drużyny – przygniatała go świadomość, że musi wreszcie podjąć decyzję.
Mila uciekła od niego z hotelu, nie zostawiwszy nawet jednej wiadomości. Uciekła, bo taka była jej płochliwa natura. A może uznała, że między nimi wszystko skończone i nie chciała mu robić nadziei? Że tamtej nocy dokonał się ich „ostatni akt”? Jakikolwiek nie byłby powód dla jej ucieczki, nie tak Peter wyobrażał sobie tamten poranek. Nie pobudkę w zimnej pościeli, nie pustkę i niedowierzanie, ale rozmowę. Szczerą, ciepłą. On by jej wyjaśnił, co go gryzło, ona by mu opowiedziała, jak jej uczucie do niego nie zgasło przez tyle czasu. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, ale na pewno nie aż tak źle.
Zamiast tego Prevc wrócił do domu z poczuciem ogromnego zawodu. Nie mógł jednak tak zostawić sprawy – potrzebował tego ostatniego rozmówienia. Potrzebował – dla własnego spokoju. Chociaż od miesiąca znów nie miał od niej znaku życia, czuł, że temu rozdziałowi w jego życiorysie brakowało zakończenia.
Wstał, zerkając na ciemniejące niebo.
I postanowił, że stworzy sobie to zakończenie, choćby miało go zranić. Niezależnie od tego, co miał usłyszeć, chciał to mieć za sobą. W tamtym momencie wiedział, że był gotowy znieść wszystko, cokolwiek miało dla niego nadejść.


* * *


Słońce zaszło i znów wzeszło kilka razy, ale ona nieomal tego nie zauważyła. Od ponad tygodnia nie zmieniła przyszerokiej błękitnej koszuli i dresowych szortów. Niewiele pamiętała z minionych dób – zaledwie przebłyski, jak konieczne wyjście, picie wody, pełnię w bezsenną noc i miękkość kołdry. Pewnie gdyby nie płyny, byłaby w stanie się odwodnić.
Głos ze słuchawki odbijał się echem w jej głowie. Nie mogła się go pozbyć. Zasiał ogromne ognisko zapaleniowe w jej głowie, a potem zaczął infekować pozostałe organy. Nie mogła uwierzyć, że w tak istotnym momencie pojawiła się kolejna przeszkoda, tym razem wcale nie prowizoryczna, ale prawdziwa, niemal namacalna.
Rzeczywistość uderzyła w nią ze zdwojoną siłą. Nie miała złudzeń. Nadszedł kres jej życia, kres wszystkiego, co znała.
Czy po takim ciosie można się podnieść? Mila szczerze w to wątpiła. Anglia, nowa posada, nowe życie – to wszystko przepadło przez kilkusekundowe oświadczenie głosu ze słuchawki. Jakże kruche jest ludzkie życie, myślała, wpatrując się w swoje palce, by się nie rozpłakać. Ale ta metoda zawiodła, bo po chwili wybuchła jeszcze głośniejszym płaczem. Kilkanaście sekund przekreśliło wszystko, na co pracowała całe życie. Miała dostać prestiżową posadę, zmienić środowisko... Zamiast tego kolejną dobę płakała, błąkając się po mieszkaniu w wymiętych, nieświeżych ubraniach.
Liczyła, że metodą wypierania cofnie przeszłość, ale im mocniej starała się wyprzeć prawdę, tym mocniej ona ponownie w nią uderzała. To niemożliwe, myślała, zamierając, wpatrzona w odległy, nieokreślony punkt, to w ogóle niemożliwe. Racjonalna część natury podpowiadała jej jednak, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że to w stu procentach możliwe i jak najbardziej prawdopodobne.
– Gdzie popełniłam błąd? – szeptała, mierzwiąc włosy w rozpaczy. – Wszędzie.
Nie mogła sobie wybaczyć. Po prostu wiedziała już, że nigdy się z sobą nie pogodzi. Do końca życia będzie siebie nienawidzić za sieć, w którą się wplątała. Czuła, jak niszczeje, jak powoli staje się kawałkami układanki, której w całość nie poskłada już nikt.
Prawie nikt.
Piastowała w dłoniach pogniecioną kopertę, przebiegała myślami po wspomnieniach z ostatnich dni i kolejnych oświadczeniach, które, każde z osobna, były kolejnymi gwoźdźmi do jej trumny. Nie tak sobie wszystko wyobrażała, nie taka miała być jej przyszłość. Nie tak zaskakująco krótka i nieciekawa. A już najmniej wyobrażała sobie to zagmatwanie, ten mętlik, który kotłował się w jej głowie. Czuła, jakby każdy szew na jej skórze pękał i rozrywał jej ciało, sprawiając przy tym niewyobrażalny ból.
Miała inną opcję, ale nie potrafiła o niej myśleć.
Siedziała w przysiadzie, oparta głową o lustro za jej plecami, kiedy usłyszała stukanie do drzwi. Pospiesznie wytarła zapuchnięte oczy w koszulę, odłożyła kopertę do sypialni, pociągnęła nosem, po czym machinalnie poprawiła ubranie. Bez spoglądania przez judasza otworzyła drzwi. I zupełnie zdębiała.
Przez chwilę stali w milczeniu. Gdyby nie starsza sąsiadka z dołu, która próbowała zachęcić swojego psa do wspinaczki po schodach, można by uznać, że spowiła ich gęsta cisza.
– Wszystko w porządku? – spytał cicho, z bruzdą zmartwienia na czole.
To proste na pozór pytanie sprawiło, że Mila wybuchnęła łzami. Peter bez słowa podszedł do niej i zamknął ją w swoich ramionach, przyjemnie znajomych i miękkich. Elin nie miała siły protestować, nie miała siły więcej udawać, więc nie kryła się z tym, że uścisk Prevca był dla niej prawdziwym ukojeniem. Odpoczynkiem. Wytęsknionym domem.
Peter powoli zamknął za sobą drzwi i, obejmując Milę ramieniem, odprowadził ją na rozłożoną na wzór łóżka kanapę. Domyślił się, że to na niej, mimo posiadanej sypialni, Elin spędziła ostatnią noc. O ile w ogóle zasnęła.
Miała spuchnięte i przekrwione oczy, bladą skórę, wyschnięte usta, drżące ręce, trzęsła się cała. Prevc jeszcze nie wiedział, co się stało, ale nie potrzebował teraz tej wiedzy. To ona potrzebowała jego obecności, jego siły, i zamierzał jej to dać.
– Czy możesz... – zaczęła chwiejnym głosem, starając się unikać kontaktu wzrokowego. – Czy możesz mnie przytulić? – Spojrzała na niego wreszcie błyszczącymi od łez oczami, pełnymi niewysłowionego smutku. Peter poczuł ścisk w sercu. – Proszę – dodała błagalnym szeptem.
Wykonał jej prośbę bez zawahania.



Nie liczyli czasu, jaki spędzili w tej pozycji, ale musiało minąć co najmniej pół godziny, bo ich mięśnie zdążyły porządnie zastygnąć. Najwyraźniej tyle właśnie potrzebowali, bo Peter czuł, jak Mila rozluźnia się i uspokaja, nabiera ciepła i stabilizacji. Nie wiedział, co będzie potem, ale nie chciał o tym myśleć. Zapomniał niemal całkowicie o swoim „zakończeniu”. Najważniejsza była ona.
– Nie wciągaj glutów, glonojadzie – powiedział cicho, słysząc ciągłe pociąganie nosem.
Elin zachichotała cicho, po czym podniosła się i odsunęła się od Petera, wyglądając przy tym, jak obudzona ze snu. Poprosiła go o zajęcie miejsca na pufie naprzeciw niej.
– Dlaczego do mnie przyszedłeś? – W tym głosie było już o wiele więcej spokoju niż jeszcze przed godziną.
– Chciałem porozmawiać – odparł szczerze. – O tym, dlaczego uciekłaś i o niedokończonym zdaniu z tarasu.
Mila wbiła wzrok w podłogę, nie od razu reagując na odpowiedź Petera, mimo że jej serce momentalnie przyspieszyło. Wiedziała, że teraz tego nie uniknie i zdziwiła się, że sama nie wpadła na cel wizyty Prevca.
Dlaczego uciekła? Bo na niego nie zasługiwała. Czy to nie oczywiste? Nie takim było dla niego, więc Elin z trudem przełknęła ślinę. Zwilżyła językiem spierzchnięte wargi, ale odwaga nadal nie nadchodziła. Smutek w jej organizmie zastąpiło zdenerwowanie. Wciąż była na tyle dzielna, by podnieść oczy na wyczekującego ze spokojem dalszego ciągu Petera.
– Uciekłam, bo wyjazdem do Japonii, a zwłaszcza tym, co mnie do niego skłoniło, udowodniłam, że nie jestem dla ciebie – odezwała się wreszcie drżącym głosem. – Zasługujesz na kogoś, kto nigdy cię nie skrzywdzi. Tamto nigdy nie powinno się zdarzyć. Ale... jestem tylko człowiekiem. Na dodatek wyjątkowo słabym. Popełniłam błąd.
Wreszcie zdołała spojrzeć w jego zielone oczy, które ze stoickim spokojem, a może nawet nutą zmartwienia, przyglądały się jej próbom wytłumaczenia. Szarawe światło jesiennego południa oświetlało prawy profil jego twarzy, sprawiając, że wydawał się jeszcze bledszy niż zwykle. Mila poczuła palącą pokusę, żeby dotknąć jej faktury, przypomnieć sobie jej miękkość. Jak niczego innego w świecie potrzebowała teraz czułości. Jego czułości.
Zrobiło jej się zimno. Peter nadal milczał.
– I naprawdę wierzysz, że to możliwe? – spytał w końcu bez krztyny ironii. – Spotkać kogoś, kto nigdy nas nie skrzywdzi?
Mila zamrugała, nie mając w głowie żadnej dobrej odpowiedzi. Wiedziała, że Prevc miał rację, ale przyznanie tego na głos obaliłoby jej argument. A tego nie chciała.
– Są takie krzywdy, których się nie wybacza – odparła w końcu. – A już na pewno nie zapomina.
Peter przytaknął głową w milczeniu. Takie samo spowiło mieszkanie na kilkanaście sekund, zanim Prevc zadał kolejne pytanie:
– A co z niedokończoną rozmową?
Mila jeszcze mocniej poczuła w sobie bijące serce. Musiała nieświadomie przybrać nieco przestraszony wyraz twarzy, bo zmarszczka zaniepokojenia wróciła na czoło Petera. W odpowiedzi Elin natychmiast starała się zobojętnieć, więc uciekając wzrokiem na podłogę, wzruszyła ramionami i wymamrotała:
– To już i tak nie ma znaczenia.
Nie zamierzała wprowadzać jeszcze większego mętliku do jego głowy. Nosił z sobą wystarczająco ciężkie brzemię, by nie musieć tego usłyszeć. Miała się odciąć, jakim cudem więc wyznanie mu tego miałoby jej to ułatwić?
Ale czy teraz taka opcja w ogóle wchodziła w grę? Świadoma narastającego szumu w swojej głowie, zapragnęła ponownie uciec. Schować się w odległej Japonii, przeczekać burzę i wrócić, gdy głosy zamilkną. Chociaż bardzo chciała, już nie mogła tego zrobić. Ani w Japonii, ani w Anglii. Tylko tutaj, w Celje.
Peter milczał dobry kwadrans, wpatrzony w ciemniejące światło słoneczne. Deszczowe chmury zbijały się w większą gęstwinę, gotowe lunąć w każdym momencie. Prevc jednak uparcie milczał, z firmowym opanowaniem przeżywając wewnętrzne rozterki. Mila starała się nie odpływać myślami, ale miewała momenty, kiedy chciała znów zacząć płakać – wstrzymywała ją wyłącznie obecność byłego narzeczonego. Z jednej strony modliła się, żeby już wyszedł – potrzebowała jeszcze kilku dni, żeby oswoić się z nowymi myślami – z drugiej niczego bardziej jej nie brakowało niż tego uścisku, który jeszcze niedawno czuła.
Może naprawdę należało przestać uciekać, zyskać wreszcie grunt pod nogami, przyjemne poczucie bezpieczeństwa. Pozwolić, by ktoś zajrzał do środka, pozwolić się sobą zaopiekować. Na zawsze utracić część siebie, ale w zamian zyskać coś znacznie cenniejszego.
Stała na ogromnym rozdrożu. Przyszło wiele spraw, które musiała rozwiązać, a u jej boku nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc. Jedyna taka osoba siedziała naprzeciw niej, z zamyśloną twarzą skierowaną do okna. Ale Mila nie śmiała prosić jej o jakąkolwiek przysługę; sama sobie wybrała taki los i powinna się trzymać wyznaczonego sobie kursu. Zawsze pozostawała alternatywna opcja. Wątpliwe było jednak, by Elin umiała podołać jej konsekwencjom.
– Wiem, że nie powinienem ci wybaczać – oświadczył po upływie czasu, zwracając ku niej oczy.
– Nie powinieneś – przyznała twardo.
Udało jej się nie pokazać, że z tymi słowami wokół starej rany ponownie pojawiło zaognienie.
– Ale chcę.
Mila przymknęła oczy.
Tyle starań. Tyle prób. Tyle rozłąki. Tyle stąpania na palcach, by dwa słowa mogły obrócić wszystkie wysiłki wniwecz. A była tak pewna, że dokona alternatywnego wyboru i upora się z jego konsekwencjami. Miała wrażenie, że stanęła w kręgu ognia, w jednym z dziewięciu kręgów piekielnych.
– Nie rób tego – poprosiła, nie uchylając powiek ani na chwilę.
Kiedy je podniosła, zobaczyła Petera, spokojnego, a jednocześnie przepełnionego determinacją i uczuciem. Wydało jej się, że widzi w jego oczach blask, za którym tęskniła. Podsycała w sobie to wrażenie, a po chwili spychała je na kraniec świadomości, balansując na cienkiej granicy egoizmu. Wiedziała, że był bardzo zdecydowany i czekała ją ciężka batalia z uporem Prevca. Ta cecha była w ich rodzinie dziedziczna. Chociaż w jednym wywiadzie wszyscy trzej bracia zgodnie wskazali Cenego jako tego najbardziej upartego, nie zmieniło to faktu, że pozostała dwójka niełatwo dawała się do czegokolwiek nakłonić.
Gdzieś w duszy uśmiechnęła się na wspomnienie domu rodzinnego Prevców. Czy nie o tym zawsze marzyła? Być może tak naprawdę nigdy nie chciała uciekać? Może przenosiła się z miejsca na miejsce z nadzieją, że tym razem uda jej się znaleźć oparcie w ziemi? A tymczasem okazało się, że miała je tuż pod nosem. Tu, w rodzimej Słowenii, zielonym sercu Europy. Nie w Kraju Kwitnącej Wiśni, nie w krainie deszczu i ekscentrycznych, melancholijnych poetów – Wielkiej Brytanii. Dlaczego pozwoliła się zdominować żałobie i ulec fałszywej pokusie serca? Gdyby nie ten jeden rok...
– Nie ma ludzi, którzy cię nie zranią – przemówił Peter, próbując uparcie ściągnąć na siebie wzrok Mili. – Życie polega na wybieraniu tych, których przewinienia będziemy im ciągle wybaczać. Ale to zawsze działa w obie strony.
Mila spojrzała na Petera z rosnącym przerażeniem.
– Jeśli zamierzasz powiedzieć, że czymkolwiek zawiniłeś...
– Być może tak było – przerwał jej prędko. – Sami tego nie rozstrzygniemy. Nikt nie jest w stanie tego obiektywnie rozstrzygnąć. Tego i wielu innych kwestii. – Zamilkł na chwilę. – Dlatego rozum nie zawsze wybiera dobrze. Do pewnych spraw konieczne jest serce po właściwej stronie. I ty je masz. Wiem o tym. Żadna ucieczka do Japonii nie jest w stanie zmienić mojego zdania w tej kwestii. – Posłał jej przelotny, blady uśmiech, po którym znów zapadła chwilowa cisza. – Miłość jest sztuką wyboru, Mila. Każdego ranka człowiek wstaje i mówi sobie: „To ją, to jego wybieram sobie do końca życia”. To ta sama decyzja każdego dnia. Bo nie ma ludzi idealnych, nie łudź się. Wiem, jaka jesteś; wiem, że mimo twardej skorupy masz... płochliwą naturę. Przykro mi, że nie pozwoliłaś mi rozbić swojego pancerza, to jasne. Przykro mi, że mnie okłamałaś, że złamałaś mi serce. Ale nie robiłaś mi tego na złość – próbowałaś się ratować. Wymyśliłaś sobie strategie radzenia z trudnościami, które w większości zasadzają się na ucieczce. W porządku, rozumiem to. W pewnym momencie zorientowałem się, że jestem zdecydowany na taką właśnie ciebie, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zrozumiałem, że jesteś warta walki do samego końca. Przez cały nasz czas osobno starałem się zapomnieć, ale każdego ranka brakowało mi decyzji, którą powinienem był w tamtym momencie podejmować. Nie chcę kogokolwiek innego przyjmować w ten sposób. Tylko ciebie chcę ratować. Bo wierzę, że jesteś w moim życiu osobą, którą warto wybierać każdego dnia.
Paradoksalnie słowa Petera utwierdziły Milę w przekonaniu, że nie zasługiwała nawet na nędzne ochłapy z jego strony, a on zaprosił ją na prawdziwą ucztę. W najśmielszych snach nie marzyła, że ktokolwiek będzie w stanie zrozumieć ją taką, jaka jest. Myślała, że to, co wcześniej otrzymywała od Petera, wystarczy, ale było zbyt powierzchowne; Prevc przestudiował ją jednak na wylot, jak jeden ze swoich skoków, po których obejrzeniu natychmiast wiedział, co musi naprawić.
Wybaczył jej najgorsze decyzje, porzucenie i kłamstwo. Tak po prostu. W imię wyboru, który pokochał. A czy ona potrafiłaby codziennie podejmować taki wybór? Przyjmować Petera takim, jakim jest, spłacać niekończący się dług? Nie powinna ulegać pokusie. Prevc udowodnił dobitnie, jak bardzo Mila na niego nie zasługiwała.
– Obiecaj, że nie zapomnisz tego, co ci zrobiłam – powiedziała cicho, czując drżącą na powrót wargę.
– Nie zapomnę – zapewnił. – Ale nie licz, że każdego dnia będę ci to wypominał w ramach pokuty.
Z coraz większym trudem powstrzymywała falę łez. W ciągu ostatniej godziny spotkało ją tyle niezasłużonego dobra, że nie mieściło się to w granicach jej percepcji.
– Od przeszłości należy się odciąć raz na zawsze – ciągnął. – Nic dobrego jeszcze nikomu nie przyszło z rozpamiętywania tego, co było, a co być mogło. To już za mną. Nie chcę tego z powrotem. Niech sobie jest gdzieś za mną, ale niech nie mąci mi spokoju teraz, kiedy już się zdezaktualizowało.
Drugi raz w ciągu tej wizyty przywdział uśmiech na twarz – tym razem serdeczniejszy, pewniejszy. Pragnął zobaczyć to samo u niej, ale ona wciąż jakby się chowała, jakby to, co właśnie usłyszała, nie wystarczało jej do otwarcia. Jakby stała przed nim jeszcze jedna brama do sforsowania.
– Kocham cię, Mila – powiedział wreszcie w nadziei, że tym samym skończy tę trudną batalię. – Ale wystarczy, że powiesz, że tego nie odwzajemniasz, a wyjdę stąd i już nie wrócę.
Elin spiesznie ścisnęła jego dłonie, kurczowo, jak gdyby obawiała się, że Peter rozpłynie się w powietrzu lada chwila. Trudno o bardziej irracjonalną obawę, ale nie mogła oprzeć się przekonaniu, że brak jakiejkolwiek reakcji spowodowałby, że Prevc dotrzymałby danego słowa.
– Nie odchodź – wyszeptała gorączkowo.
– Nigdzie nie idę – odszepnął.
Ich głowy były znów tak blisko, że Mila była w stanie policzyć jego rzęsy, niemal zobaczyć drobną fakturę twarzy, poczuć ciepły oddech. Odżywała w niej z wolna część, którą uważała za obumarłą, nie do odzyskania. Czuła, jak nowa roślina w niej kiełkuje i wyrasta młodymi pędami, skutecznie kojąc zapalenie wokół ran – nowe, świeże życie. Życie, którego przez tyle lat nie miała, a które mogła mieć, gdyby nie szereg nieprzemyślanych decyzji.
– Kochasz mnie, Mila?
Nie wiedziała, czy była to kwestia zaciemnienia za oknem, ale źrenice Petera, otoczone zieloną tęczówką, rozszerzyły się. Wtedy Elin odwróciła oczy, niby to zainteresowana układem chmur na niebie. Prevc potoczył za nią wzrokiem, w napięciu czekając na dalszy ciąg. A tymczasem ona, wieloletnia redaktorka, szukała słów, w które mogłaby ubrać swoje myśli. I żadne nie wydawały się odpowiednie.
– W takich chwilach dziękuję Bogu, że dziś nie jest ostatni dzień świata – zaczęła, po czym wreszcie obdarzyła go spojrzeniem, ciekawa jego reakcji – bo inaczej nie miałabym szansy powtarzać ci od dziś codziennie, jak cholernie żałuję każdej krzywdy, którą ci wyrządziłam przez własny egoizm, i jak bardzo tęskniłam przez wszystkie dni bycia osobno. Z jednej strony cieszę się, że nie zdążyłam ci tego powiedzieć na tarasie, z drugiej – myślę, że w głębi duszy żałuję. Liczyłam... – Znów spuściła oczy, przyglądając się swoim splecionym w koszyczek dłoniom. – Liczyłam, że być może... Zresztą, to nieważne. – Zachichotała nerwowo. – Wciąż czuję, że popełniasz błąd i altruistyczna część mnie chce cię od niego ustrzec, ale ta egoistyczna, ta sama, która cię zraniła – ciągle nakłania, żebym pozwoliła ci na wybaczenie, bo chcę tego. Bo o niczym innym nie marzę.
Przygryzała wargę, wpatrując się w Petera, który w skupieniu i małym niepokoju czekał na to, co wyjdzie z jej ust.
– Mniej więcej to właśnie chciałam ci powiedzieć wtedy na tarasie – ciągnęła. – Że tak, kocham cię, Peter. Kochałam cię nawet wtedy, kiedy spotykałam się z Luką, licząc, że taki układ da mi choć namiastkę tego, co utraciłam wraz z tobą. Tylko że to uczucie powinno być za karę, nie w nagrodę. Po prostu... powinnam odpokutować swoje. Bo co, jeśli znowu ucieknę? Nie boisz się tego?
– Byłbym głupi, gdybym się nie bał, ale wierzę w ciebie. W nas.
Patrzył na nią uważnie.
– Nie wydaje mi się, żeby związek z kimś, kto wyrządził ci tyle zła, był dobrym rozwiązaniem. Być może powinieneś... rozpatrzyć inne opcje...
Spazmatyczny oddech nie pozwolił jej dalej mówić. Peter bez słowa przesiadł się obok niej, zamykając ją na powrót w swoich ramionach. Nie pomogło to jej powstrzymać łez, nie od razu w każdym razie, ale ten dotyk sprawił, że poczuła, że wreszcie może być sobą. Pozwoliła łzom zalać swoją twarz, nie miała siły dłużej się wstrzymywać, zbyt długo dusiła ten kocioł. Kiedyś w końcu musiał wykipieć.
T-shirt Prevca robił się coraz bardziej mokry, oczy Mili na nowo zapuchnięte i czerwone. Ale o nic nie dbała, chciała, żeby cały ból, wszystkie uczucia, z jednym przypływem zostały wypchnięte na brzeg. Potrzebowała katharsis. A gdzie indziej, jeśli nie w rękach Petera, miałoby się ono dokonać?



W końcu jednak spazmy ustały, oddech się unormował, ciało wyszło z drgań. Leżeli na kanapie od dobrej godziny w milczeniu, wtuleni, wpatrując się w zapadającą powoli noc. Wzajemna obecność wystarczała za wszelką rozmowę. Mila wiedziała, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, nie będzie już w stanie oddać tych ramion. Wyznaczały granicę sensu jej świata. I chociaż miłość nigdy nie była jedynym czynnikiem wyznaczającym szczęście w jej życiu, sprawiała, że wszystko łatwiej potrafiła znosić. Teraz miała dodatkowo otwarte drzwi, przez które stopniowo wpuszczała światło do środka. Przyjemne ciepło rozchodziło się po jej organizmie, docierając tam, gdzie dotąd nie mogło. Młoda łodyga co rusz wypuszczała nowe liście, tworząc z ciała Mili swoje królestwo. Zrodziło się w niej nowe życie.
Miała kogoś, kto gotów był stanąć za nią murem.
Dlaczego to nie było takie oczywiste dwa lata temu?
Ziarnko niepokoju pojawiło się jednak w jej sercu. Wszystko zatem było je darowane? Ale czy to znaczyło, że znów mogli tytułować się parą? Co ich teraz łączyło? Czy miało być w związku z tym łatwiej...?
Przygryzła wargę. Postanowiła zaryzykować. Ostatecznie nie mógł jej porzucić po tym prostym, acz sugestywnym pytaniu, które zamierzała zadać, skoro kilka godzin wcześniej deklarował, że pomoże jej znów się stać integralną całością, wspierając ją przy całym tym (długotrwałym zapewne) procesie.
– Pierścionek już pewnie wyrzuciłeś, prawda?
Zerknęła nieśmiało w górę. Peter wpatrzony był w sufit, ale uśmiechał się nieznacznie.
– Skąd – odparł. – Nie potrafiłem.
Mila przez moment znów stanęła nad przepaścią. Nie daj się zwariować, zrugała samą siebie w myślach.
– Liczyłeś, że kiedyś będziesz mógł go oddać innej?
– Liczyłem, że jeszcze kiedyś dam go znowu tobie.
Elin zdjęła rękę z żeber Prevca, które obejmowała i odwróciła się na plecy, głowę jednak zwracając w jego kierunku. Peter instynktownie uczynił to samo, więc po chwili złączyli spojrzenia, a on posłał jej ciepły uśmiech.
Roślina żyjąca wewnątrz niej zaczęła wypuszczać pąki kwiatów.
– A pamiętasz, o czym rozmawialiśmy, kiedy mi go dawałeś?
Tym razem jednak Peter powiódł wzrokiem w bliżej nieokreślony punkt, a jego uśmiech wydał się kierowany do niego samego, do wspomnienia tamtego dnia w Slivnie, gdy leżeli na zwisającym z drzewa łóżku. Mila zadała wtedy najtrafniejsze pytanie na świecie, a on udzielił na nie najmniej spodziewanej odpowiedzi.
– Jak mógłbym zapomnieć – odmruknął z cichym śmiechem, ale wciąż bardziej do siebie.
Milczeli chwilę. Mila zacięcie pozbywała się zębami skóry na wardze.
– Spytałaś mnie o najmniejszą rzecz, która jest w stanie diametralnie zmienić życie człowieka – dodał.
– I nie znałam odpowiedzi – dopowiedziała Elin.
Coraz mocniej czuła bijące w sobie serce. Peter poruszył się niespokojnie, zaalarmowany jej tonem, i spojrzał na nią ze zmarszczonym czołem. A ona podniosła na niego pełen niepewności wzrok. Nie masz nic do stracenia, pokrzepiła samą siebie.
– Ale już znam.
Wstała i wyszła do innego pokoju. Peter usiadł na kanapie i w napięciu czekał na jej powrót. Niepokój, który go ogarnął, nie był z niczym porównywalny; miał wrażenie, że zaraz dostanie ataku paniki. Starym zwyczajem postanowił jednak nie wyciągać pochopnych wniosków i poczekać, co przyniesie los.
Mila wyłoniła się ze swojej sypialni nadal niepewnie przygryzająca wargę, ale tym razem z lekkim uśmiechem. W dłoni trzymała mały, czarno-biało-szary, kwadratowy kartonik. Podała go Peterowi i usiadła obok niego.
Z nieprzeniknionej ciemności polaroidowej fotografii wyłaniał się maleńki, szary kształt. Prevc próbował coś z tego zrozumieć, ale szum na zdjęciu i ten narastający w jego głowie nie pozwoliły mu skoncentrować się na tyle, by chociaż próbować coś z tego odczytać. Jeszcze do tego na białym obramowaniu polaroidu zostały nakreślone czarnym markerem małe znaczki – wywnioskował prędko, że japońskie.
Coś w nim zamarło na chwilę.
– To szczęście – podpowiedziała drżącym głosem Mila, widząc, gdzie powędrował jego wzrok. – Po japońsku. Moja lekarka była kiedyś w Japonii i tylko tyle się nauczyła, ale... to chyba dobry znak.
Nie odrywała od niego wzroku, a on nie odrywał swojego od zdjęcia. Kiedy wreszcie poczuł się na siłach, by podnieść oczy, było w nich jeszcze sporo zmieszania. Rewolucyjny news dopiero docierał do jego świadomości. Rozumiejąc jego walkę, Mila zachichotała tylko cicho.
– Dobrze chyba, że nie wyrzuciłeś jednak tego pierścionka – mruknęła rozbawiona. – I że dom rodziców nadal się nie sprzedał.
Potem stało się coś, czego Mila najmniej się spodziewała – Peter objął jej twarz dłońmi i powoli, rozkoszując się każdym momentem, złożył na jej ustach pocałunek. Początkowo delikatny jak muśnięcie, z czasem jednak przybrał na sile i smakował dawno niezaspokajanym pragnieniem. Nieco zaskoczona Mila chciała zaprotestować, ale była rozerwana między uderzającą falą przyjemności a niepewnością co do znaczenia tej reakcji. Uważał, że to żart? Cieszył się? A może żegnał?
W tej samej chwili Peter odsunął od niej swoje usta, pozostawiając zetknięte ich czoła. Spojrzał jej w oczy z tak szerokim uśmiechem, że od razu ją zaraził, po czym powiedział:
– To najpiękniejsza fotografia, jaką widziałem.





Okej, to teraz czekam na reakcje, przemyślenia, komentarze ogółem. Trochę wyszło, jak wyszło, ale jakże bym śmiała Was zostawiać bez zakończenia?!
Mam nadzieję, że polubiliście historię Petera i Mili, a mój debiut „poważny” nie wypadł aż tak tragicznie.

Co bym jeszcze chciała dodać? Dla niezorientowanych: Bez-senni czekają na komentarz i głosy w ankiecie na samym dole. Tutaj zresztą na dole też jest fajna ankieta.

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze i wymienione ze mną tweety. Mam nadzieję, że aż tak Was nie zawiodłam.


Jesteście najleeeepsi.

EDIT: Znalazłam to i od razu pomyślałam o Mili. Chyba nie ma lepszego gifa...


wtorek, 11 października 2016

#10 Polaroid (IV)


Błysk przeszłości



— Oczywiście, że chcę mieć dzieci — prychnął urażony.
Krzątał się po kuchni, wrzucając owoce do miksera. Mila siedziała przy okrągłym stoliku, tuż obok wejścia na balkon, i patrzyła na wybrzuszającą się na zewnątrz zasłonę w drzwiach. Wiosenne, acz już mocne słońce wpadało przez pustą ościeżnicę, nieśmiało wspinając się po podłodze ciasnej kuchenki. Zerknęła na pobłyskujący na palcu pierścionek i przemyciła na twarz chwilowy uśmiech.
— Po prostu jeszcze nie teraz — dodał, wlewając do pojemnika mleko.
Nałożył wieko i uszczelnił je od góry.
Mila zmarszczyła gniewnie brwi.
— To ciekawe kiedy — warknęła, zanim zagłuszył ją dźwięk pracującego miksera.
Nie była z tego gatunku kobiet, które desperacko poszukują — nawet nie ojca, a dawcy nasienia. Owszem, czuła potrzebę bycia matką, ale niebezpiecznie zbliżała się do trzydziestki. To nie był zły wiek do rodzenia, ale nie chciała skazywać dzieci na „starych” rodziców. Bo gdy mały lub mała poszedłby do szkoły, ona już będzie dobijałaby czterdziestu lat. W takim wieku zmniejsza się tolerancja na dziecięce wybryki, nie ma też takiej cierpliwości.
I ponad wszystko w świecie nie wyobrażała sobie, że mogłaby nie zobaczyć małej wersji siebie i Petera.
Mikser zamilkł, Prevc zdjął pokrywę, wyjął dwie szklanki i rozlał do nich koktajl, po czym dosiadł się do narzeczonej. Spojrzał jej łagodnie w oczy, pogładził wierzch dłoni.
— Jeszcze jest trochę za wcześnie — przekonywał spokojnym tonem, chociaż Elin wciąż nie wyglądała na udobruchaną. — Chciałbym dalej się skupiać na karierze i myślę, że ty też. Gdybym miał dzieciaka, obsesyjnie myślałbym, czy dajesz sobie radę. Nie chciałbym cię z wszystkim zostawiać samej. Już wystarczy, że przesiadujesz samotnie w weekendy.
Mila poczuła ucisk w sercu. Prevc trafił w sedno.
Czy nie było egoistycznym, a zarazem wyjątkowo desperackim z jej strony — dyskutować na temat dziecka, skoro bez przerwy doskwierała jej samotność? Czy nie było to jej podświadome wołanie o uwagę, o towarzystwo? Może chciała tego, by zapełnić tworzącą się w jej życiu pustkę? Żadne świecidełka na palcach rąk, czy nóg nie mogły przyćmić ciemności dziury, która zdawała się poszerzać z każdym tygodniem. Teraz było dobrze, bo zaczęła się międzysezonowa przerwa, ale planując rodzinę nie można przyjmować tak krótkowzrocznej perspektywy. Zwłaszcza jeśli ma to być rodzina sportowca.
Ścisnęła rozpaczliwie głaszczącą ją dłoń. Peter nie mógł wiedzieć, że był to kurczowy chwyt tonącego.
Jej marzenia powoli się rozpadały. Musiała się pogodzić z tym, że życie już nigdy nie potoczy się zgodnie z jej zamysłem. Zabawne, że potrzebowała aż dwudziestu ośmiu lat, żeby to zrozumieć.
— Pamiętaj, że nie młodnieję — powiedziała po chwili, starając się jeszcze nie uginać pod naporem łez. — I jestem rok starsza.
— To nie ma znaczenia — odparował.
— Dla kobiety ma. Nie chcę być matką po czterdziestce.
Nie mogła uwierzyć, że przez trzy lata nie omówili tak ważnej kwestii. Była pewna, że Prevc, zdobywszy chyba wszystkie trofea zimowego sportowca, zwolni nieco tempo i zechce się nieco bardziej skupić na życiu osobistym. Nie chciała, żeby rzucił całą karierę, przestał trenować, a po prostu pozwolił sobie na oddech. Poza tym pojawienie się dziecka bardzo pozytywnie wpływa na niektórych sportowców.
Prevc westchnął ciężko.
— Mila... — Zastanawiał się, jak odpowiednio ubrać w słowa to, co leżało mu na sercu. — Wiesz, że chcę mieć z tobą dzieci. Z tobą i tylko z tobą. Nawet nie jedno, a troje, bo dwójka to... cóż, moja najmniej ulubiona liczba. — Posłała mu blady uśmiech. — Tylko że jeszcze nie czuję się gotowy. I spełniony sportowo przede wszystkim.
Elin przestała widzieć sens w całej tej rozmowie — Peter wysuwał argumenty przeciw samemu sobie. Nie chciało jej się tłumaczyć, że tak naprawdę na to nie można być gotowym, bo zawsze coś wyskoczy: propozycja w pracy, gorszy czas, sprawy rodzinne. Poczuła przypływ zmęczenia.
— Idę się zdrzemnąć. Pogadamy o tym kiedy indziej — wymamrotała, wstając od stołu, nie upiwszy nawet łyka koktajlu.
Peter odprowadził narzeczoną wzrokiem do sypialni i zagryzł z niepokojem wargę. Być może Elin była po prostu rozdrażniona wczorajszą zarwaną nocą i przepracowaniem, ale nie wykluczał, że obudziły się w niej instynkty macierzyńskie, z którymi nie sposób się kłócić. A może chciała tego zwyczajnie z miłości? Biologia w końcu tak zaprogramowała ludzkość, żeby miłość najczęściej łączyła się z chęcią posiadania potomstwa.
W efekcie zaczął się zastanawiać, czy naprawdę aż tak niespełniony zawodowo się czuł, żeby wstrzymywać się od myślenia o dzieciach czy zwyczajnie bał się, że temu wyzwaniu nie podoła. Myśl o płaczącym przeraźliwie synku lub córce, o chorobach, które u dzieci trudniej zdiagnozować, o nieprzespanych nocach, o zmartwieniu, czy wszystko w porządku w domu, kiedy on jest na zawodach...
Dopił swoją porcję koktajlu, starając się zepchnąć irracjonalne obawy w ciemny kąt swojego umysłu.


Kiedy po prawie dwóch latach rozpamiętywał ten moment, wydawało mu się strasznie dziecinnym jego podejście; pojął, o co chodziło Mili — o fakt, że nigdy nie ma „właściwego czasu” na dziecko. Nie rozumiał osób, które dały się złapać w sidła „wpadki” — jak mogły być tak głupie, tak nierozważne, tak naiwne? Teraz jednak uważał, że czasem lepiej, kiedy takie rzeczy spadają na ludzi znienacka. Oczywiście, na początku zawsze wiąże się to z ogromnym szokiem i próbą oswojenia z nową rzeczywistością, ale wśród kochających się par to koniec końców zwykle wychodzi na dobre.
Może gdyby im... Może wtedy śmierć rodziców nie spowodowałaby tak wyniszczających strat w jej psychice, bo miałaby dla kogo żyć. Jeśli nie dla niego, to chociaż dla dziecka. A on postarałby się dla nich o raj na Ziemi, niezależnie od kolei losu ich jako partnerów.
A może to wcale by nic nie zmieniło. Może uciekłaby z jego synem lub córką albo zostawiła dzieciaka, umykając samodzielnie przed przerastającą ją rzeczywistością.
Dla Petera było coś nienaturalnego w gwałtownej zmianie decyzji Mili w sprawie Japonii. Tydzień wcześniej zarzekała się, że nie pojedzie, bo za bardzo boi się tak drastycznej przemiany w swoim życiu, a przede wszystkim — tego, co mogłoby się stać im. Czy więc był to aktorski popis ze stron Elin czy coś innego — trudno było się w tym Peterowi rozeznać. Brakowało mu obiektywizmu. Na wszystko patrzył przez pryzmat swojego kochającego, a potem dodatkowo zdeptanego serca. Nie chciał się z nikim dzielić swoimi spostrzeżeniami; z matką nie musiał, ona i bez tego odgadła rozterki jego serca, a wśród kolegów zachowywał swoją codzienną, skupioną twarz, nierozproszoną życiem prywatnym, pogrążoną w treningowym wysiłku, w tytanicznej pracy nad mechaniczną precyzją.
Był pewien, mógłby przysiąc, że w oczach Mili widział prawdziwą troskę, kiedy oddawała mu na lotnisku pierścionek, kiedy prosiła go o ostrożność. Jakaś mała część jego podświadomości nie dawała mu spokoju; korciło go, żeby w czasie ostatnich spotkań w redakcji spytać ją otwarcie i za zasłoną prawdopodobnego kłamstwa dociec prawdy. Cieszyła go myśl, że znów będzie mógł wpadać do jej papierowego królestwa, czuł, że dostał od losu szansę, by raz na zawsze rozwikłać zagadkę swojego najboleśniejszego rozstania. Tymczasem przez trzy miesiące spotkał ją zaledwie dwa razy — podczas pierwszej i ostatniej wizyty. Był przeświadczony, że Mila zastosowała jedną ze swoich niezawodnych strategii unikowych, bo w uciekaniu przed sobą była zdecydowaną mistrzynią. Technik przez lata wypracowała na pęczki.
Czy zatem zyskał poszlakową przesłankę, że i wtedy wyjazd do Japonii stanowił część jej twardej, acz w istocie płochliwej natury? Chciałby, żeby tak było. Żeby się okazało, że skłamała, by dojść z sobą do ładu, by chronić siebie i jego przed swoim destrukcyjnym charakterem. Żeby przepracować żałobę z dala od ludzi, których mogłaby skrzywdzić. Żeby nabrać prawidłowej perspektywy i zacząć życie od nowa.
Naszła go myśl, że być może nigdy nie dane jest nam do końca poznać drugiego człowieka. Można z nim przeżyć pięćdziesiąt lat, a on i tak potrafi nas zaskoczyć — najczęściej nieprzyjemnie. Może więc i Peter nigdy nie poznał tajemniczej Mili Elin, której skłonności autodestrukcyjne i zagadkowa uczuciowość doprowadziły go na skraj wytrzymałości. Ta wizja tylko pogarszała jego samopoczucie.
— Panie Prevc? — zagadnęła nieśmiało pracownica salonu zza lady.
Peter podniósł głowę i wstał z fotela.
— Pański garnitur jest już gotowy.
Młoda ekspedientka okrążyła stanowisko pracy i podała mu wieszak, na którym poły materiału wisiały przykryte czarnym pokrowcem. Prevc zapłacił, podziękował i wyszedł, żegnany serdecznym uśmiechem pracownicy.
Jeśli naprawdę chciał sprawdzić słuszność swoich teorii, oto stanęła przed nim ostateczna szansa.


* * *

— PROSZĘ WSZYSTKICH O UWAGĘ!
Marika Jelar wydzierała się na całe rozgadane, zapracowane biuro. Stojąca za nią z notatnikiem Mila aż się skrzywiła od natłoku decybeli. Redakcja oderwała się od wykonywanych czynności i zgromadziła przed nią i naczelną. Prawdę mówiąc, nawet sama Elin nie wiedziała, co miało być tematem zebrania, ale pozostawało faktem, że Jelar od tygodnia chodziła niepokojąco podekscytowana i radosna, a to już zakrawało na chorobę psychiczną w jej przypadku. Dla naczelnej powody do uśmiechu mogły być tylko dwa: pieniądze albo nagroda. Najlepiej pieniężna.
Jelar, uznawszy, że zebrała wszystkich swoich podwładnych, a oni wreszcie zamilkli, chrząknęła, znów przywdziewając na twarz ten niepokojący uśmiech.
— Jak być może zdecydowana część z was nawet nie wie, a pozostali dawno zapomnieli, za dwa tygodnie obchodzimy dziesięciolecie istnienia.
Mila, która dotąd raczej dość luźno określała w głowie wiek szefowej na „coś koło czterdziestki”, zdębiała za jej plecami, starając się nie dać tego po sobie poznać. Ile w takim razie mogła mieć lat, kiedy zakładała to wydawnictwo? Czy była aż tak zdolna, by sprawnie zarządzać firmą jeszcze przed trzydziestką? Talentu redaktorskiego i umiejętności nie można było jej odmówić za nic w świecie. Wymaganej w biznesie charyzmy też nie.
Mila przyjrzała się Marice jeszcze raz. Tak, zdecydowanie była zdolna już w młodym wieku stworzyć od podstaw dobrze prosperującą firmę. I zjednać sobie najwłaściwszych ludzi. Być może nie należała do najmilszych istot na tej planecie, ale nie potrzebowała wiele, by zaprowadzić wymagany ład wśród podwładnych.
— Od paru dni mamy też nowych patronów medialnych. Wszystko dzięki Katji, naszej już nie tak nowej dyrektor PR. — Jelar posłała uśmiech wesołej brunetce z wielkimi, modnymi okularami na nosie, która po chwili skinęła w podziękowaniu głową, słysząc oklaski. — W związku z tym, jak się zapewne domyślacie, mamy więcej pieniędzy do dyspozycji. Katja wpadła na pomysł, że świetnym sposobem na uczczenie tej rocznicy, a także zwiększenie zasięgu reklamy, byłby uroczysty bankiet.
Niektóre pracownice bardzo ucieszyła wizja godzin spędzonych w centrum handlowym, pracownicy nie podeszli do tego aż tak entuzjastycznie.
— Na balu pojawią się radni miasta, w tym sam burmistrz. Nie zabraknie też kilku naszych najsłynniejszych autorów, czyli przyjdzie skromne grono profesorskie. Bankiet odbędzie się za dwa tygodnie w sobotę w hotelu Evropa*. Obecność nie jest obowiązkowa, ale mile widziana. Obowiązują za to stroje wieczorowe. Impreza zaczyna się o dwudziestej...
Mila przestała na chwilę słuchać, bo wyrażenie „kilku naszych najsłynniejszych autorów” zasiało w jej sercu panikę. Jako zastępca i druga najważniejsza osoba w wydawnictwie umiała wyrecytować listę najlepiej zarabiających pisarzy, których dzieła ujrzały światło dzienne w znakomitej edycji dzięki ludziom z tego piętra. Figurowało wśród nich to, którego bała się bardziej niż zwolnienia. Wiedziała, że musi zjawić się na tym przyjęciu, by wspomóc szefową, ale wolałaby złożyć wypowiedzenie, niż...
— ...czyli mam rozumieć, że wszystko jest jasne? — Mila ocknęła się, zerkając na kończącą przemówienie Jelar. — Skoro tak, to wracamy do pracy, a za dwa tygodnie wskakujemy w smokingi i suknie, żeby popijać szampana i prowadzić zawiłe dysputy literackie, świętując przy tym dziesięciolecie wydawnictwa.
To powiedziawszy, naczelna odwróciła się na pięcie i jak gdyby nigdy nic ruszyła do swojego szklanego gabinetu. Mila musiała jeszcze przetworzyć usłyszane informacje i opanować przejmujący kontrolę nad jej ciałem strach. Dogoniła szefową, wciąż wahając się, czy zadać to jedno pytanie, na które odpowiedź — i tego była niemal stuprocentowo pewna, ale potrzebowała to usłyszeć — wypełni tych ponad czternaście dni oczekiwania dodatkowym stresem.
Odłożyła notatki na biurko powolnymi ruchami, obserwując, jak Jelar z przyjemnością krząta się wokół swojego stanowiska, zupełnie nie zauważając niepokoju na twarzy swojej współpracownicy.
— Czy... — zaczęła Elin, próbując zebrać w sobie resztki odwagi. — Czy na liście zaproszonych jest też...
— ...Prevc? — dokończyła Jelar, nie podnosząc głowy znad jednego z segregatorów. — Oczywiście, że tak.
Szefowa spojrzała na Milę, która spuściła wzrok, rzekomo w poszukiwaniu czegoś w swojej torebce.
— I potwierdził już swoje przybycie.
Blondynka klapnęła na krzesło, założyła okulary i przysunęła się do komputera. Jelar nadal śledziła jej każdy ruch, a ona udawała, że tego nie widzi.
— Mam nadzieję, że to nie będzie dla ciebie problem.
Mila chrząknęła, nie odrywając wzroku od laptopa.
— Skądże.
Elin pomyślała o tym, że będzie tylko musiała wykupić cały zapas leków uspokajających z apteki, żeby przebrnąć przez kolejne dwa tygodnie bez uszczerbku na zdrowiu.

* * *

— To jak będzie?
Lekko poczerwieniały na twarzy Janus chrząknął, obserwując rozciągających się na zeskoku najmłodszych swoich kadrowiczów, i założył ręce na piersi. Chwilę jeszcze nie odpowiadał, udając, że się głęboko zastanawia; ot, dla podtrzymania swojego (wątpliwego) autorytetu.
— Skoro tak koniecznie musisz tam być... — wymamrotał, po czym zawołał na Hvalę, który przeginał z rozciąganiem nóg i pogroził mu palcem.
— Burmistrz się tam pojawi — zachęcał. — Może szepnę mu słówko o promowaniu skoków narciarskich.
Janus przemilczał kilka kolejnych sekund, by w końcu westchnąć ciężko.
— No dobra — mruknął od niechcenia. — Hvali damy szansę. Może przynajmniej raz w życiu coś wygra. — Roześmiał się chrapliwie. — A tobie jeden weekend bez zawodów dobrze zrobi. Ale idź już, bo się rozmyślę.
Peter się uśmiechnął szeroko, choć starał się to powściągnąć.
— Dziękuję, trenerze. Do zobaczenia jutro.
Prevc zarzucił na ramię sportową torbę, a rozpoczynający dopiero trening Domen pokazał mu złośliwie język. Peter odwrócił się na pięcie i pobiegł do swojego auta prawie jak na skrzydłach. Nie mógł się doczekać nadchodzącej soboty do tego stopnia, że nie potrafił myśleć prawie o niczym innym.
Jego niemal dwuletnie śledztwo miało ogromną szansę na zwieńczenie. Gdy jednak myślał o całokształcie... nie mógł się oprzeć wrażeniu, że nie będzie potrafił jej wszystkiego zapomnieć. Niezależnie od tego, co mu powie, co okaże się rozwiązaniem bolesnej zagadki, on nie będzie w stanie się przełamać. Nawet jeśli miałoby wyjść na jaw, że była śmiertelnie chora i jechała do Japonii na skomplikowaną, acz skuteczną terapię. Wtedy z premedytacją wbiłaby mu nóż w serce. A jeśli choroba jej nie przeszkodziła w byciu wyrachowaną morderczynią, to dlaczego nie miałaby tego powtórzyć w pełni sił?
Peter dostrzegł pojedyncze kropki na przedniej szybie, kiedy jechał gęsto zalesioną z obu stron drogą. Zacisnął mocniej dłonie na kierownicy.
A jeśli w ogóle okaże się, że tylko mu się wydawało? Że za szaloną decyzją i brutalnym zerwaniem nie kryło się nic więcej? Że to po prostu była część jej natury? Bezlitosnej i nieznanej mu dotąd natury...
Pomyślał o tylu dobrych chwilach, o jej zapewnieniach, że go kocha i nigdy nie opuści. Wiedział, że często takie zapewnienia związkowe są bez pokrycia. Ale nie mieli przecież po siedemnaście lat, żeby bezpodstawnie obiecywać sobie wieczność, a potem zrywać bez klasy, bez powodu, bez godności. Zastanowił się, czy naprawdę mógł aż tak jej nie znać. Bo że nigdy nie jest nam dane poznać drugiej osoby w pełni, wiedział już od dawna.
Deszcz się wzmagał. Peter włączył wycieraczki, które zaczęły cicho pracować, zgarniając z przedniej szyby nadmiar wody.
Czy ktoś, kto z takim zacięciem bronił do siebie dostępu, mógł w gruncie rzeczy być bezdusznym potworem? Kimś, kto pędzi na oślep na przed siebie w szale wyniszczającej żałoby, w ataku depresji? Czyż to nie było logiczne? Oczywiście, że tak — mruknął do siebie w myślach. Jeśli Elin już wcześniej broniła do siebie dostępu, to nie mógł liczyć, że w momencie załamania wpadnie mu w ramiona ze szlochem. Powinien był przewidzieć, że zamknie się w swoim prywatnym światku sumiennie pielęgnowanego smutku, aż w końcu wybuchnie, porażając odłamkami wszystkich wokół. Być może nie brał tego pod uwagę po trzech latach naprawdę udanego związku.
Nie mógł jednak zrzucać winy na siebie. Niezależnie od tego, jak źle wyglądała jej sytuacja psychiczna, nie powinna była się na nikim wyżywać. Ani tym bardziej nikogo ranić.
Czy przez te niecałe dwa lata bez śladu po niej Peter był zły? Owszem, przeszedł fazę gniewu. Niszczącej, palącej nienawiści, całą jednak przekuł w treningi, w ciężką pracę. A gdy nie chciało mu iść, wybuchał jak bomba z opóźnionym zapłonem.


— Nie będę tego powtarzał, do cholery! Nie zamierzam już więcej wchodzić na górę! I mam głęboko w dupie, co mi grozi za niesubordynację!
Zgromadzeni wokół mężczyźni i chłopcy patrzyli na niego z niedowierzaniem, i wiek czy staż w znajomości z najstarszym z braci Prevców nie miał tu najmniejszego znaczenia. Kranjec w końcu pokręcił głową, ale grupa siedmiolatków z ekipy juniorskiej wyglądała na przerażoną. Janus pewnie w duchu dziękował, że dziś nie wypadł trening otwarty dla mediów, bo planowo tak właśnie miało być.
Wszystkie męskie grupy stały i obserwowały, jak eksploduje.
Na zwykle bladej twarzy Petera pojawił się silny rumieniec. Spojrzeniem wwiercał się w czaszkę Janusowi, który stał w takim samym osłupieniu, jak wszyscy. Szukający najwyraźniej iskry zapalnej, która mogłaby dopełnić dzieła spustoszenia w jego psychice i dokonać katharsis, ze złością cisnął narty na igelitowy zeskok, po czym jak gdyby nigdy nic odszedł, szarpiąc zapięcie kasku.
Jak przez mgłę pamiętał, gdzie się przebierał, wchodził do samochodu, jechał sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę aż do końca baku. Pędził przed siebie, nie zważając na nic. Wybrał drogi zamiastowe, więc nie musiał się martwić żadnymi światłami ani przechodniami. Wybrał adrenalinę, i tak już my wystarczająco pulsującą w żyłach, by ukoić rozrastający się w nim gniew.
Jechał tak długo, aż zrobiło się ciemno. Włączył nocne światła, ale nadal pędził jak rajdowiec.
I wtedy błysnęły mu żółcią ciemne oczy jakieś sto metrów przed nim. Nie myśląc wiele, z całej siły nadepnął na hamulec. Koła wydały z siebie przeszywający ogarniającą ciszę pisk, a samochód zatrzymał się zaledwie metr od niej.
Podobno płochej, kojarzonej z delikatnością.
Sarna zastrzygła uszami, a Peter patrzył na nią, czując bijące mocno w piersi serce. Drżącymi rękami otworzył drzwi i wyszedł na spotkanie wieczornemu, jesiennemu chłodowi. Nie cofnęła się, kiedy podszedł do niej wolnym krokiem. Przypatrywała mu się z zainteresowaniem, przekrzywiając głowę.
O mały włos nie zabił tej niewinnej istoty. Tylko dlatego, że gniew zamroczył mu umysł.
Nie mógł tak robić. Nie mógł się mścić na całym świecie, wybuchać i ranić odłamkami wszystkich dookoła. Wtedy byłby jak ona, a tego przecież by nie chciał.
— Przepraszam — wymamrotał do sarny, która po raz ostatni przekrzywiła głowę, zastrzygła uszami i kilkoma susami znalazła się po drugiej stronie drogi, znikając w ciemnej gęstwinie lasu.


Męczyła go myśl, że jej nowy chłopak może go do niej nie dopuścić. Na tę ewentualność nie miał żadnego planu awaryjnego. Naiwnie sądził, że uda mu się wyprosić o czas na stronie swoją dyplomacją i szarmancją. Nie pozostawało mu zresztą nic innego. Powierzchowność nowego partnera nie dawała powodów do niepokoju w kwestiach dojrzałości, więc liczył, że ta cecha ułatwi mu zadanie. Łudził się, że obejdzie się także bez wrogich spojrzeń...
Teraz, jadąc z rozsądną prędkością do domu, Peter Prevc doskonale wiedział, że nigdy nie będzie w stanie zapomnieć Mili Elin tego, co mu zrobiła, niezależnie od tego, jakie były jej powody. Ale przypomnieć o sobie nigdy nie zaszkodzi.

* * *

To był mroźny i śnieżny dzień w Tokio. Nie czuła się najlepiej — obniżenie nastroju zaatakowało po kilku miesiącach spokoju. Dziękowała w duchu Bogu, że zdążyła zrobić porządne zakupy dwa dni wcześniej, bo nie miałaby siły wyjść tego popołudnia z domu.
Weekendy były dla niej wolne od zajęć, cieszyła się więc swoją małą samotnią, ale kiedy pogoda sprzyjała, zwiedzała jedno z najbardziej zaludnionych miast świata. Odkrywała je kawałek po kawałku, kostkę po kostce, budynek po budynku. Po kilku tygodniach miała swoją ulubioną kawiarnię i herbaciarnię, ulubiony sushi bar, ławkę w parku, sklep w centrum handlowym. Czasem, gdy pozwalały na to czas i pieniądze, wybierała się na siatkarskie mecze tutejszej Premier League. Nawiązała kilka ciekawych znajomości podczas wykładów, ale nic nie było w stanie zastąpić jej Celje. Brakowało tu słoweńskiej zieleni, atmosfery spokoju, poczucia, że mieszka się w zielonym sercu Ziemi. W Tokio dominowały szarość, stal i połyskujące groźnie szkło. Starała się, jak mogła, by uczynić ze swojego sponsorowanego mieszkanka namiastkę Słowenii, dlatego kupiła mnóstwo kwiatów, o które troszczyła się jak o kogoś bliskiego.
Wiedziała, że w troskliwym gromadzeniu środków do pielęgnacji, przeglądaniu magazynów ogrodniczych i for hobbystycznych czai się duszona nostalgia. Nie tylko ta najbardziej oczywista — za ojczyzną — ale także ta za kimś, kto, mimo usilnych prób Elin, nie pozostał obojętny jej sercu.
Być może dlatego podświadomie czuła niechęć i ból. Być może podświadomie chciała zostać w domu. Zaparzyć sobie zielonej herbaty, otworzyć kupioną dawno temu tabliczkę czekolady i włączyć w telewizji kanał sportowy. Odświeżyć bolesną, ale przy tym jakże kuszącą pamięć.
Kiedy operator kamery ukazał panoramę Sapporo, a ona ujrzała charakterystyczną budowę skoczni — stromy rozbieg, wybrzuszenie buli, drobne choinki służące za kolejne granice, okalające trybuny — poczuła ogromny ścisk w sercu. Kurczowo mięła materiał t-shirtu w okolicy mostka, jakby próbowała znieść potworny ból, chociaż wiedziała, że takowy tkwił tylko w jej głowie.
Zaczęli się pojawiać kolejni zawodnicy, ale nie robiło to na niej większego wrażenia, dopóki nie wystartowali ci, których znała od lat: Tepeš, Kranjec, Hvala, Semenič... a potem Cene. Nadal z tak samo łagodnymi rysami twarzy, nadal niewinny jak pierwiosnek. Domen — z chytrym, pewnym swego uśmieszkiem, z pewnością co do własnych możliwości bijącą od całej sylwetki. Aż na samym końcu pojawił się Peter.
Mila ścisnęła koc, doprowadzając swoje palce do zbielenia.
Skoncentrowany jak zawsze. Krótki wydech dla odwagi. W głowie już widział ten skok. Już wiedział, jak go wykona. Jego mięśnie dostały sygnał.
Kiedy płynął w powietrzu, nie przypominał orła. Orły kojarzą się z agresją, gwałtem. Peter wyglądał jak powietrzna istota, jak niezwykłe zjawisko na niebie. Był spokojny, opanowany. Wykonał wszystkie czynności tak, jak zamierzał, a kiedy lądował, nie pozwolił sobie nawet na najmniejszy błąd. Fenomenalny i zapierający dech w piersiach jak zawsze.
Mila poczuła do siebie ogromny żal, że zrezygnowała z tego wyjazdu. Z jednej strony byłby on dla niej emocjonalnym i rytualnym seppuku, z drugiej zaś — balsamem dla oczu i usychającego z tęsknoty serca. Nie znała dnia tu, w Tokio, żeby Peter Prevc, ten niepozorny, wychudzony człowiek, nie przemknął jej przez myśl. Nie potrafiła się zmusić do wyrzucenia ulubionych fotografii, które od zawsze trzymała w swoim kalendarzu i portfelu, bez przerwy zerkała na serdeczny palec w poczuciu, że czegoś na nim brakuje, że coś jest na niewłaściwym miejscu. Że powinna siedzieć w innym, o wiele przytulniejszym mieszkaniu z kotem u boku, kibicując Peterowi szczerze i otwarcie. Tylko taki porządek świata był dla niej właściwy.
I dopiero widok uśmiechającego się na podium Prevca jej to uświadomił.
Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Dlaczego była aż taką egoistką? Nie od dziś wiadomo, że każdy z nas ma samolubne ciągoty — taka już jest ludzka natura — ale co ją podkusiło, by dać im się zdominować? Co dało jej to przeświadczenie, że depcząc serce Petera, postąpi właściwie? Wszystko, co wystarczyło zrobić, zawierało się w jednym słowie: rozmowa. Potrzebowała tylko powiedzieć, jak jest jej źle, a on natychmiast podjąłby odpowiednie kroki. Na pewno nie pozwoliłby jej odpłynąć w otchłań niekończącej się żałoby.
Peter Prevc nie zasługiwał na żadną z krzywd, które ona mu wyrządziła. A ona powinna była pojechać do Sapporo, by mu to powiedzieć.

— W czymś pomóc?
Pogodny głos ekspedientki wybudził ją z letargu.
— Och, nie, dziękuję, na razie tylko przeglądam — wymamrotała, uprzytomniając sobie, gdzie jest i po co przyszła.
Pracownica sklepu skinęła głową.
— W razie czego będę przy kasie.
Mila przytaknęła głową, a kobieta odeszła.
Elin spojrzała na na białą wieczorową suknię — obcisłą, ale rozkloszowaną od połowy ud, z długim trenem. Nie przypominała czegoś, w czym można byłoby wybrać się na bardzo oficjalny bankiet, prędzej na bal do rodziny królewskiej. A raczej... na wesele.
Przez szyby sklepu można było dostrzec ulokowany po drugiej stronie piętra salon mody ślubnej. Chodząc po mieście, Mila starała się nie spoglądać na żadne wystawy takich lokali, a to piętro w centrum handlowym w ogóle pomijała. Tym razem nie miała jednak większego wyboru, bo tylko na nim znajdowały się eleganckie butiki.
Nieco zrezygnowana do tej pory, ucieszyła się, kiedy między wieszakami dostrzegła coś, co zdecydowanie nie przypominało stroju dla księżniczki, a było skromne i eleganckie jednocześnie. Sukienka miała obcisłą granatową „bazę” za kolano, bez ramiączek, zaś od góry snuła się kremowa koronka, sięgająca aż do połowy przedramion, a kończąca się pod biustem. Cena nie była wygórowana, więc Elin zabrała kreację do przymierzalni. Gdy założyła ją i stwierdziła, że wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, w jej głowie pojawiło się pytanie:
Czy ta suknia sprawi, że Peter Prevc zwróci na nią choćby najmniejszą uwagę?
Nie otrzymawszy żadnej pewnej odpowiedzi, przebrała się i podeszła do kasy, w duchu licząc, że wszystko pójdzie jednak po jej myśli.

* * *

Hotel Evropa prezentował się tego wieczoru znakomicie: podświetlona fasada odcinała się na tle granatowego nieba, a czerwony dywan przed wejściem nadawał temu miejscu uroczysty nastrój. Przyboczna, hotelowa kawiarnia wpasowała się gwarem w niepogrążone jeszcze we śnie Celje. Wewnętrzna sala, która zwykle służyła za restaurację, została przemieniona w salę bankietową: skromną, acz elegancką, roztaczającą aurę literackiej doskonałości. Goście przechadzali się z kieliszkami szampana w dłoni, gdzieniegdzie stały grupki dyskutantów. Kelnerzy w gustownych garniturach wędrowali przez parkiet ze srebrnymi tacami w ręku. Niewielka orkiestra grała nastrojową muzykę klasyczną.
Mila starała się za wszelką cenę opanować drżenie rąk. Jelar wysyłała ją w coraz odleglejsze rejony sali, by z kimś porozmawiała, a ona nie czuła się na siłach do prowadzenia przesadnie uprzejmych rozmów. Nie było jeszcze wszystkich gości, więc ze zdenerwowaniem spoglądała na wejście, odhaczając w głowie kolejne osobistości.
On jednak wciąż się nie pojawiał. W głowie zamajaczyła jej nieprzyjemna wizja zmarnowanej ostatniej szansy.
Nie liczyła na cuda. Pragnęła tylko zamknąć to, co do tej pory, mimo że winno należeć do przeszłości, wciąż w niej żyło, bo gdzieś w środku nigdy się z tym nie pogodziła. Jeśli miała jeszcze kiedykolwiek ruszyć naprzód ze swoim życiem — jeśli istniała dla niej jakaś przyszłość — musiała na zawsze zaliczyć do minionych ostatnie lata, a nie pielęgnować je, jakby nigdy nie zakończyły się Sylwestrem. Po tygodniu ciężkich prac udało jej się doprowadzić dom rodziców do oględnego porządku. Nie było łatwo, bo brud osiadł w każdym kącie, ale liczyła, że to wystarczy, żeby znaleźć potencjalnych nowych właścicieli. Kiedy robiła zdjęcia białej werandzie, przestronnej kuchni połączonej z jadalnią, sypialniom, salonowi, czuła, że jakaś część magicznego czasu jej dzieciństwa zostaje odczarowana i zamienia się w stos kamieni, farb, mebli i cyferek na koncie. Takie miejsca nie powinny być nikomu oddawane. Powinny przechodzić z pokolenia na pokolenie, nie wolno ich obdzierać z bajkowej otoczki, bo inaczej odbierają ciepło wspomnień, zamiast je wzmagać. Mimo to czuła, że musi się ich pozbyć, bo bez tego do śmierci będzie żyła przeszłością.
Taki sam porządek zamierzała zaprowadzić w swoim życiu uczuciowym. Ale wisiała nad nią mroczna perspektywa braku planowanego końca.
Burmistrz wraz ze swoją małżonką pojawili się w drzwiach sali punktualnie i od tego momentu Marika Jelar nie odstępowała ich ani na krok, mimo że oczekiwano jeszcze kilku poważnych profesorów; ich przywitanie naczelna zrzuciła na karb Elin. Gdy więc szefowa żartowała beztrosko z niczego sobie burmistrzem, Mila witała podstarzałych wykładowców i od czasu do czasu zabawiała ich elokwentną rozmową.
Bankiet trwał już dobre pół godziny. Elin obserwowała przechadzających się, podjadających ze szwedzkiego stołu gości, czasem odrywając wzrok w kierunku widocznego doskonale za wielkimi szybami gwiaździstego nieba. Sądziła, że strojenie się i beztroskie pogawędki poprawią jej humor, ale chyba nie mogła się bardziej pomylić. Czuła olbrzymią samotność w tej pięknej, pełnej ludzi sali. Zrozumiała, że od zawsze tak było: „wielki świat” stanął przed nią otworem, ale poza majątkowymi, nigdy nie miała z niego większych korzyści. Nie nawiązała głębokich przyjaźni; w jej przypadku trudno było mówić nawet o znajomościach. Czy zatem problem tkwił w niej? I w tendencji do wiecznych ucieczek..., przemknęło jej przez myśl. Może od zawsze była sama, bo w jakimś sensie bliskie relacje międzyludzkie ją przerażały. Były o wiele bardziej skomplikowane od suchych stron książek i nauki znaków korektorskich. I nawet Peterowi, pomimo tylu spędzonych razem lat, nie udało się tych obaw zmienić.
Może tak naprawdę, wbrew temu co sądziła, w ogóle się przed nim nie otwarła? Gdyby było inaczej, pozwoliłaby sobie pomóc. Powiedziałaby mu o powiększającej się czarnej dziurze w klatce piersiowej, o tęsknocie, której nie jest w stanie ukoić żaden album ze zdjęciami, o poczuciu, że mogła ich częściej odwiedzać, częściej do nich dzwonić, częściej im mówić, jak ich kochała. I na pewno nie wpadłaby na absurdalny plan egoistycznej ucieczki, na plan, według którego miał ją znienawidzić. I trudno określić, czy wypalił, bo nie wyglądało na to, żeby życzył jej jak najgorzej. Z drugiej strony — Prevc zawsze był skryty. Ale gdyby ktoś mu wadził, ten ktoś na pewno by o tym wiedział.
Chciała, żeby ją nienawidził. Wówczas łatwiej byłoby jej się pogodzić z jego ostatecznym odejściem, które chyba nie miało nastąpić tej nocy, a już wtedy, w „gołębniku”.
— Zaskakująco skromnie wyglądasz, panno Elin.
Mila podskoczyła, nieomal upuszczając trzymany w dłoni kieliszek. Jednak gdy się odwróciła, jej serce zamarło na sekundę.
Znała w tym garniturze każdą nitkę, każdy gram faktury materiału. Krój marynarki, ukryte kieszenie, nawet długość nogawek i rękawów. Od razu rozpoznała śnieżnobiałą koszulę, ozdobną i drogą, i muchę, którą przecież sama wybierała. Stał przed nią taki, jaki miał stanąć dwa lata temu. Takiego miała go obejrzeć przy ołtarzu, prowadzona przez jego ojca do balasek.
— Piękny garnitur — powiedziała słabym głosem, starając się nie wyglądać na zbitą z pantałyku.
— Dziękuję — odparł z uśmiechem, który pozbawił ją najmniejszych nadziei. — Leżał trochę w szafie, więc musiałem go nieco przerobić i odświeżyć, ale nie stracił dawnej świetności.
Kiedy jej pragnienia o nienawiści spotkały się z rzeczywistością, zabolało. Wcześniej nie uświadamiała sobie, ile bólu sprawi jej wrogi błysk w jego oczach, złośliwości, gierki. W głębi duszy liczyła, że przyjdzie taki, jak zawsze — łagodny i skory do zgody.
Dobrze, że obchodził się z nią tak twardo. Nie powinna była nawet marzyć o żadnych skłonnościach do porozumienia.
Posłała mu blady uśmiech i potoczyła wzrokiem po podłodze.
— Kiedy przyszedłeś? — spytała, biorąc spory łyk czerwonego wina z kieliszka. — Nie zauważyłam cię, a pilnowałam drzwi jak Cerber.
— Trochę się spóźniłem — przyznał, swoją postawą coraz dobitniej prezentując pewność siebie. — Miałem drobne problemy z samochodem. Prawdę mówiąc, nadal nie ręczę za to, że dojadę do domu, dlatego zamówiłem sobie tutaj nocleg. Wszedłem, kiedy rozmawiałaś z tym profesorem w zielonym fraku.
Było w nim coś nienaturalnego. Gdzie podział się ten jego stoicki spokój, dodające otuchy ciepło głosu? Peter wydał się Mili nagle obcy, zupełnie jakby rozmawiała z nową osobą. Dopadło ją bolesne poczucie, że mimo dzielącego ich niewielkiego dystansu, Prevc jest bardzo odległy. Że ma go tak blisko, a jednocześnie nie ma go wcale. Był na wyciągnięcie ręki, ale pozostawał nieuchwytny. Jak duch.
Przypatrzył się badawczo Elin, która błądziła wzrokiem po lśniących kafelkach. Starała się uporać ze swoimi zmąconymi przez jego obecność i alkohol myślami. Kiedy podniosła głowę, dawała wrażenie nieco zdekoncentrowanej.
— Mógłbyś... mógłbyś mi poświęcić chwilę na osobności?
Prevc uniósł brwi.
— Twój chłopak nie będzie miał nic przeciwko?
— Ja nie mam chłopaka — odparła sucho, po czym dopiła resztę wina i odstawiła kieliszek na tacę przechodzącego akurat obok kelnera.
Peter zmarszczył czoło.
— A ten, który odbierał cię spod wydawnictwa?
Mila wybałuszyła oczy ze zdziwienia. Jakim cudem dowiedział się o Luce? Vidmar mu powiedziała, śledził ich jakiś zdesperowany paparazzo, znał Ferjana...?
— Widziałem was podczas pierwszej wizyty — odpowiedział na niezadane, acz kłębiące się w głowie Mili pytanie.
Elin prędko przybrała kamienną twarz.
— Nie byliśmy razem — ucięła chłodno, czując, że jeśli cokolwiek doda, wyjdzie na tym źle.
Ku jej zdziwieniu, Peter roześmiał się cicho.
— Ach, więc to tak... — mruknął, jakby bardziej do siebie, nadal z rozbawieniem. Mila poczuła wdzięczność względem samej siebie, że starannie nałożyła makijaż, bo poczuła, jakby sińce pod jej oczami się pogłębiły ze wstydu. — W porządku, porozmawiajmy. — Wskazał ręką na taras. — Panie przodem.
Elin poszła w wyznaczonym kierunku na nieco miękkich nogach. Pogoda, choć powinna zwiastować koniec lata, była wyśmienita — nie wymuszała włożenia płaszcza, raczyła chłodnawym wietrzykiem i całą plejadą świetnie widocznych na wieczornym niebie gwiazd. W oddali spacerowali rozbawieni przechodnie, wypełniając powietrze przyjemnym gwarem. Mila próbowała sobie dodać otuchy, ale nie potrafiła. Postawa Petera jednocześnie spełniała i nie spełniała jej oczekiwań. Po cichu liczyła, że będzie taki jak dawniej, ale słusznie się nie ugiął. Ona przed Tokio też się nie ugięła. W przyrodzie panuje prawo Hammurabiego. Nie miała powodu, by liczyć na cokolwiek innego niż odwet.
— Jest wiele rzeczy, które powinieneś usłyszeć — przemówiła wreszcie, usiłując powstrzymać wkradające się drżenie głosu. — Należy ci się sporo wyjaśnień.
Zamilkła, dając się spowić gwarowi ze środka i ulic. Splotła przewieszone przez barierkę palce dłoni, starając się skupić na tym, co chciała przekazać.
— Pewnie myślisz, że mój wyjazd do Japonii był przejawem egoizmu — odezwała się po kilkunastu sekundach, brzmiąc zaskakująco pewnie. — Cóż, niewiele się pomylisz. — Mila koncentrowała wzrok na wszystkim dookoła, ze starannym pominięciem twarzy Petera. — Jestem egoistyczną... suką. Pakując walizki do Tokio, myślałam wyłącznie o sobie. O tym, jaka byłam skrzywdzona, jakie spustoszenie zasiał we mnie ból, jak bardzo potrzebowałam pomocy. Nie przeszło mi przez myśl, że już nie jestem sama i mam kogoś, kto — wystarczyłoby słowo, a pomógłby mi bez chwili zwłoki.
Uśmiechnęła się gorzko. To tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że nie zasługiwała na miłość Petera nawet w najmniejszym stopniu. On przemierzyłby dla niej boso świat. Ona od niego uciekła.
— Zapomniałam, że jestem narzeczoną. Rozumiesz to? Zapomniałam. Ciągle cię nie było, siedziałam sama w domu z kotem. Ale przecież się na to godziłam, prawda? A jednak. Nie potrafiłam znieść tego w tym stanie. Potrzebowałam zbudować siebie od nowa na neutralnym gruncie. Jelar dała mi do tego świetną okazję, więc... ze względu na pewne okoliczności... postanowiłam ją wykorzystać.
Nie spojrzała na niego ani na chwilę, mimo że on nie odrywał od niej oczu.
— Nie wiesz wszystkiego, Peter — powiedziała i poczuła, jak mocno zadrgał jej głos. Wymknął się spod kontroli. — Pamiętasz pierwszy Puchar Świata w Kranju?
Dopiero wtedy podniosła na niego wzrok. Z jego twarzy zniknęło wszelkie lekceważenie; ze zmarszczonym w skupieniu czołem słuchał jej słów. Jakby wyłączył całe otoczenie, łapczywie spijając każde spływające słowo z jej ust. Ledwie zauważalnie przytaknął, jakby z coraz większą obawą przysłuchując się snutej opowieści.
— Nie chciałam z tobą na niego jechać, bo nie miałam siły wychodzić, ale włączyłam relację w telewizji. Kiedy szukałam okularów, z jakiejś starej książki wypadło ślubne zdjęcie moich rodziców. — Przymknęła na chwilę powieki, odpychając ból, który pojawił się wraz ze wspomnieniem. — Budowane od jakiegoś czasu jako-takie samopoczucie zniknęło. Rozpłakałam się. — Przypomniała sobie moment, w którym siedziała we łzach na podłodze, przeklinając nieobecność Prevca. — Potrzebowałam cię tu i teraz. — Zrobiła krótką pauzę, wzdychając. Nadal próbowała okiełznać nerwy. — Bez większego zastanowienia wsiadłam w samochód i pojechałam do Kranja, to nie tak daleko. Jeszcze przez zaśnieżone tory miała się opóźnić druga seria... — Stanęła przodem do Prevca, bokiem opierając się o balustradę, nadal jednak unikała z nim kontaktu wzrokowego. — Na miejscu ochroniarz powiedział, że nie wolno mi przejść bez biletu. Wrzeszczałam jak wariatka, że jestem twoją narzeczoną, że cię potrzebuję, że jestem na skraju załamania nerwowego. W ogóle nie przejęłam się reakcją otoczenia. Właściwie tamten moment z każdym dniem zachodzi coraz gęstszą mgłą w mojej głowie. — Zmarszczyła brwi w krótkim zamyśleniu. Zaskakująco szybko pozbyła się z pamięci zawstydzającego wspomnienia. — Ale ochroniarz nie dał za wygraną. Powiedział: „Pan Prevc nie życzy sobie żadnych wizyt, skupia się przed drugim skokiem.” Uznałam, że zrobiłeś to specjalnie, żebym przynajmniej tu nie mogła być dla ciebie ciężarem. Uznałam, że się mnie wyrzekłeś.
Uśmiechała się ironicznie do swoich dłoni.
— Głupie, prawda? — spytała, spoglądając gdzieś w bok. — I jakież... egocentryczne.
Podniosła oczy na Prevca. Był bardzo zmieszany i zdezorientowany. Jego ściągnięte brwi i błędny wzrok sugerowały próbę objęcia usłyszanych myślą, próbę złożenia ich w logiczną całość.
— Nie miałem pojęcia... — wyszeptał.
Wyglądał, jakby się ugiął. Jakby opadła kurtyna, za którą odgrywał swój mały teatrzyk. Spojrzał na Milę jak na poszkodowaną.
— Pewnie nie chcieli cię niepokoić przed drugą serią. — Wzruszyła ramionami. — Ani psuć humoru po wygranej. — Zrobiła krótką pauzę. Czuła ogarniający ją powoli spokój. — W drodze powrotnej zadzwoniłam do Jelar, że zmieniłam zdanie. Oczywiście, nasłuchałam się jej wrzasków i marudzenia, ale powiedziała, że „miałam szczęście, że jeszcze nie zadzwoniła w kilka miejsc, żeby zgłosić kogoś innego”. Dwa dni chodziłam jak na szpilkach, bo jeszcze nie wiedziałeś. Gdzieś pod przyćmiewającą warstwą żałoby czułam, że cię zranię, ale tylko w tym upatrywałam szansy dla nas obojga. W ucieczce. — Zrobiła kolejną pauzę i wyczytała z twarzy Prevca, że triumf walczy w nim ze współczuciem. — Mam nadzieję, że przynajmniej nie próbowałeś po mnie przekląć całego żeńskiego rodu.
Uśmiechnął się kącikiem ust.
— Och, nie. — Mila poczuła lodowaty szpikulec w sercu. — Umówiłem się raz z Mają po pracy.
Elin ze zdumieniem odkryła, że mimo wszystko ma mu to za złe. Wyobraziła go sobie w jednoznacznej sytuacji z Vidmar i... Ty hipokrytko..., usłyszała w głowie.
Jednocześnie dotarło do niej, że tylko z Mają próbował się umówić. Więc jednak zwątpił w miłość i związki. Mila jeszcze dobitniej odczuła ciężar swoich win.
— Cóż, nie wyszło — dodał bez żalu po chwili.
Czekał. Wierzył, że Mila wróci z Japonii i wpadnie mu w ramiona. A ona wcale nie zamierzała tego robić... Nikt mądry by jej nie wybaczył. Wiedziała, że Peter wlicza się w tę grupę.
— W Sapporo... — zaczęła po krótkim milczeniu, usiłując nie wybuchnąć gniewem na samą siebie. — Chciałam tam jechać. Długo się wahałam. Ale kiedy włączyłam telewizor... Potrzebowałam tego konkursu, żeby otrzeźwieć. Żeby spojrzeć na całą sytuację świeżym, w miarę obiektywnym okiem. Kiedy zobaczyłam cię na skoczni, poczułam do siebie obrzydzenie i nienawiść. Widziałam tego dobrego, kochającego człowieka, któremu złamałam serce, bo miałam taki kaprys. Którego okłamałam, oddając mu pierścionek.
Mówiła cichym, lekko zachrypniętym i pozbawionym jakiejkolwiek energii głosem. Czuła się kamienna od środka. Twarda, nieugięta i bezduszna. Oddanie mu pierścionka i przekręcenie głęboko wbitego w jego serce noża napełniały ją poczuciem nieopisanej nienawiści do samej siebie.
Wiedziała, że na żadne pojednanie nie ma nawet cienia szansy. Była potworem. A potwory się zabija, nie oswaja.
— Kiedy prosiłam cię, żebyś na siebie uważał... To było ostatnie wołanie mojego zdrowego rozsądku. Podświadoma część mnie chciała, żebyś zauważył ten błysk w oku, sygnał, żebyś zaczął mnie ratować, bo tonę. Nie czuj się winny, że czegoś nie zrozumiałeś; to było tak zawiłe, że sama się w tym powoli gubię. Nie zawiniłeś na żadnym etapie i mam nadzieję, że nawet przez moment nie pomyślałeś o sobie w negatywnym sensie, bo czułabym się o wiele gorzej. Nie wiem, czy potrafiłabym z sobą żyć, patrząc codziennie w lustro i czując obrzydzenie do odbicia w nim.
Jakby już tak nie było. Wzięła ostateczny głęboki wdech, uspokajając kolejną falę, która mogłaby zburzyć stabilną tamę.
— Przepraszam, Peter — wyznała otwarcie, odważając się spojrzeć mu w oczy, chociaż sprzeciwiało się temu całe jej ciało. — Za najgorsze cierpienie w twoim życiu. Za każde złe słowo, zły gest, złą decyzję. Za swoje niewybaczalne zachowanie. Jestem okropna, nie boję się do tego przyznać. — Choć ta świadomość wypala dziury w ciele. — Wiem, że głupie „przepraszam” powiedziane na jakimś tarasie nie odkupi moich win ani nie wynagrodzi ci twojego bólu, ale ja nie chcę, żebyś mi wybaczał. Chcę, żebyś wiedział, że żałuję. I że chyba lepiej na tym wyszedłeś, że nie poślubiłeś egoistki, która z taką premedytacją wbiła ci nóż w serce.
Obserwowała zachowanie Petera, który milczał jak zaklęty. Wyglądał, jakby analizował, co należy teraz zrobić; jakby nie był pewien, jak ma zareagować — zgodnie z nierozsądnym sercem czy racjonalnym rozumem. Mila miała tylko nadzieję, że nie obarcza się w głowie winą, że czegoś nie zauważył, że nie usłyszał jej wrzasków w Kranju, że nie starał się zrobić czegoś więcej. Zrobił wszystko, co może zrobić obca osoba wobec czyjejś utraty. Teraz Elin potrzebowała azylu z jego ramion, ale postanowiła pogodzić się z niemożliwością tego planu w następny wolny weekend, z butelką wina i przygnębiającą muzyką. Tylko tak mogła pogodzić się z nieodżałowana stratą Prevca.
Czekała ją jeszcze jedna mała rzecz. Maleńka, niemal nieistotna z punktu widzenia całej historii, ale to ona stała na przeszkodzie jej odcięcia się od przeszłości raz na zawsze.
Wzięła kolejny głęboki wdech. Teraz albo nigdy. Przerażała ją prawdziwość tych słów.
— Musisz wiedzieć... — zaczęła, nagle tracąc rozpęd.
Jesteś potworem, Elin, usłyszała w głowie. Co próbujesz tym osiągnąć? Daj mu spokój. Nie mąć więcej w jego głowie. On zasługuje na kogoś szczerego. Kogoś, kto się nim nie zabawi.
Znowu poczuła do siebie odrazę. Nie chciała się nim przecież zabawić. Nigdy nawet nie pomyślała o nim w takiej kategorii. Ale prawie dwa lata temu to wszystko brzmiało dla niej logicznie i uczciwie. Dziś widziała w tym tylko grę.
Żadne słowa nie były w stanie wyrazić chaosu w jej głowie. Nienawiść, obrzydzenie, ból, bezsilność, rozpacz. Jakim cudem potrafiła pokazywać tylko beznamiętną twarz, wewnętrznie trawiona przez najgorsze emocje?
Ale to była tylko jedna, mała rzecz...
— Musisz wiedzieć — wznowiła z wahaniem, czując drżącą wargę i bijące mocno serce — że gdybym pojechała do Sapporo, to powiedziałabym ci, że nawet przez minutę nie...
— Mila, gdzie ty się szlajasz?! — wysyczała Jelar, stając w drzwiach tarasu. — Zaraz burmistrz przemawia, wracaj natychmiast! Jesteś mi potrzebna!
Elin nie miała szansy powiedzieć choć słowa więcej. Szefowa pociągnęła ją za nadgarstek, a wraz z widokiem Prevca na tarasie przepadła jej ostatnia szansa.
Pomyślała, że to nawet lepiej, tak miało być. Bo naprawdę powinna dać mu spokój.


Kilka godzin później sala opustoszała, a panujący w niej splendor przygasł. Goście kulturalnie wyszli nieco po północy, po szampanie, torcie i życzeniach dla redaktor naczelnej. Przez całą resztę imprezy Mila była pochłonięta ważnymi rozmowami biznesowymi, w których pomagały jej zarówno Jelar, jak i Katja. W krótkich, niemal niezauważalnych momentach Elin wyciągała w górę szyję, próbując namierzyć wzrokiem Petera, ale ani razu go nie napotkała. Zaczęła się martwić, że może wziął taksówkę i jednak nie został na noc, że nie zdąży mu powiedzieć tego, co planowała; ostatecznie jednak przywróciła się do porządku myślą, że w ten sposób wyszło z korzyścią dla niego. Bo przecież ten wieczór miał przysłużyć się spokojowi jego duszy.
Kiedy na sali zostały tylko we trzy, a wokół krzątała się obsługa, stało się dla niej jasne, że przytłoczony szczerym, acz niezbyt przyjemnym wyznaniem Prevc wymknął się z bankietu i postanowił nigdy więcej się z nią nie kontaktować. Prawdę mówiąc, sama chyba by tak zrobiła.
Jelar i Katja rozprawiały o rachunku, o otrzymanych propozycjach, o pracy na poniedziałek. Mila siedziała wyczerpana na krześle, pijąc trzecią i zdecydowanie ostatnią lampkę wina.
Czy czuła się lepiej? Nie bardzo. Poczucie winy i żal do samej siebie nie zelżały. Peter nie miał szansy odpowiedzieć. Mała rzecz pozostała jej sekretem, którego nikomu nie wyjawi. Co chciała przezeń osiągnąć? Sama nie wiedziała. Może taką samą odpowiedź. A może zupełnie przeciwną. Żeby raz na zawsze sobie zapamiętać, że w życiu są sprawy, od których nie ma odwrotu. Że są szkody, których nie da się naprawić i sytuacje, których nie da się naprostować. Bo nikt nie ma zmieniacza czasu Hermiony.
Kamień, który został rzucony. Słowo, które zostało wypowiedziane. Okazja, która przepadła. Tak właśnie miała pokutować, to miało być jej piekło: życie ze świadomością, że zaprzepaściła ostatnią szansę. Karma, nic więcej.
W pewnym momencie z łazienki doszedł wszystkich niepokojący rumor. Najbliższa drzwi Mila zerwała się z miejsca i rozpoznała, że hałasy dochodzą z męskiej toalety. Weszła nie bez zawahania.
Peter leżał na podłodze z krwią spływającą z nosa, próbując się wspiąć po ścianie do góry. Zszokowana Mila podbiegła do niego, wyrywając znad jego głowy kilka ręczników papierowych. Z każdą sekundą było coraz więcej krwi. Przyłożyła mu ręczniki do nosa i podłożyła rękę pod głowę.
— Peter, wszystko w porządku?! — spytała, z niepokojem obserwując, jak Prevc nieruchomieje.
Spojrzał na nią. Rozpoznała to spojrzenie od razu.
— Tak — odparł zza stosu prowizorycznych gazików, nie odrywając od niej wzroku. — Teraz już tak.
Mila aż przestała na chwilę oddychać. Zatliła się w niej nadzieja, krótka jak błysk, że być może w słowach Petera zadźwięczało drugie dno. Czy jest możliwe, by on też wciąż miał swoją małą rzecz?
Do środka wpadli zaaferowani kelnerzy i Jelar z Katją, ale Peter powiedział, że tylko się poślizgnął na mokrej posadzce, że nos na pewno nie jest złamany, bo wie, jak to wygląda i że zostaje na noc w hotelu, więc mają się nie martwić. Mila pomogła mu stanąć na nogi, a on oporządził się przy umywalce na tyle, na ile zdołał.
Przez cały czas milczeli, pozostając sam na sam.
— Odprowadzę cię do pokoju. — Spojrzał na nią z zaciekawieniem. — Inaczej nie zasnę dziś w nocy.
Słychać było tylko cichą pracę klimatyzacji.
— Co tutaj robiłeś tak późno? — ciągnęła, chociaż zdawała sobie sprawę, że już nie zdoła wrócić do rozmowy z tarasu. — Myślałyśmy, że wszyscy już wyszli.
— Oblałem się ponczem — wytłumaczył, wskazując na plamę na czarnej marynarce, przewieszonej przez drzwi kabiny. — Chciałem to zaprać, ale się poddałem. Poszedłem za potrzebą, a po wyjściu... cóż, pierwszy raz od bardzo dawna przegrałem z grawitacją. — Mimo nieco pokiereszowanej, choć już czystej twarzy i zapewne obolałego ciała, uśmiechał się serdecznie.
Mila spojrzała na wykafelkowany blat, do którego wmontowane były umywalki. Na jego brzegu widniała jeszcze zaschnięta krew.
Peter zakręcił wodę, wytarł ręce, zabrał marynarkę i stanął przed Milą gotowy do wyjścia. Z rozpiętą, choć poplamioną koszulą, nadal wyglądał... dobrze. Elin odwróciła się na pięcie i wyszła do części głównej sali, słysząc za sobą kroki Petera. W sali Jelar tylko napomniała jej o kilku sprawach do załatwienia w nowym tygodniu i pożegnała się z nimi. Przeszedłszy przez hol i recepcję, Mila zatrzymała się przed schodami, przepuszczając Prevca.
— Nie bój się, mam pokój na pierwszym — odparł ze lekkim rozbawieniem, pamiętając o niechęci Elin do wszelkiego rodzaju wysiłku fizycznego. Nie wiedział, że dla własnego spokoju byłaby w stanie wdrapać się nawet na dziesiąte piętro.
Zatrzymał się raptownie na korytarzu, po którego obu stronach ciągnęły się rzędy drzwi. Odwrócił się na pięcie.
— Właściwie możesz już iść — powiedział. — Trafię do pokoju.
Elin pokręciła gorliwie głową.
— Nie zasnę, dopóki nie zobaczę, jak zamykają się za tobą drzwi.
Peter ściągnął brwi, ale poszedł naprzód.
Kilka kroków dalej zatrzymał się, tym razem wyciągając z kieszeni spodni kartę i otwierając nią wejście. Położył rękę na klamce, uchylając rąbka ciemności wyzierającej ze środka, ale sprawił wrażenie, jakby coś go zatrzymało. Sięgnął ponownie do kieszeni, wyjmując z niej czarną, aksamitną muchę. Wysunął trzymającą ją dłoń w kierunku zachowującej bezpieczny dystans Mili. Na twarzy miał uśmiech.
— Możesz ją wziąć — powiedział z lekkim rozbawieniem. — Ty ją wybrałaś. Przyda się twojemu przyszłemu mężowi, bo jest świetna.
Mila znowu poczuła ucisk w klatce piersiowej. W ten sposób objawiały się efekty ubocznej niedokończonej rozmowy i wiszącej w powietrzu małej rzeczy. Gdyby wszystko przebiegło zgodnie z jej planem, być może to byłaby zupełnie inna rozmowa.
A może nie? Może nadal zachowywałby się lekceważąco? Miał do tego prawo.
Elin opuściła głowę i pokręciła nią.
— Należy do ciebie — wyszeptała, powolnie wspinając się wzrokiem po jego ciele, opóźniając moment spotkania oczu. — Już zawsze będzie należeć do ciebie.
Uśmiechnął zniknął z jego twarzy, pojawiło osłupienie. Patrzył na nią z lekko rozwartymi ustami, jakby to, co powiedziała, wstrząsnęło nim bardziej, niż powinno. Jakby dotarł do niego głębszy sens jej słów. Jakby wreszcie zrozumiał cel rozmowy na tarasie.
Upuścił muchę i marynarkę, i zrobił krok w jej stronę, przemierzywszy w ten sposób dzielący ich dystans. Mila cofnęła się o pół kroku, ale on i tę odległość pokonał. Zwiesił nad nią głowę, nie zrywając nawet na sekundę kontaktu wzrokowego. Elin poczuła, z jaką mocą bije jej serce.
— Co robisz? — wyszeptała.
— Sprawdzam jedną ze swoich teorii — odszepnął i nim zdążyła mrugnąć okiem, ujął jej twarz w dłonie i pocałował.
Wszystkie wspomnienia odżyły w niej i zapulsowały z rytmem krwiobiegu. Przypominało to zanurzenie w przyjemnej pościeli po męczącym dniu pracy. Miękkie lądowanie. Bezpieczeństwo. Ciepło. Ulubiony smak ust.
Niezależnie od tego, jak wolne od tęsknoty poczuło się jej serce, rozum wiedział, że to niesłuszne. Nie zasługiwała na to. Nie zasługiwała nawet na jego „cześć”, nie mówiąc o cieple dotyku.
Wyrwała się z jego objęć.
— Nie mogę... — wymamrotała, kręcąc głową i wycofując się powoli.
Ale Peter był szybszy; ponownie ujął jej twarz w dłonie, a po chwili zakleszczył ją w swoim uścisku, ledwie pozwalając jej na oddech.
— Możesz — wyszeptał między pocałunkami. — Pozwalam ci.
Spragniony jej, jak i ona jego, nie chciał odejść od wodopoju. Idąc tyłem, kopnął uchylone drzwi, ciągnąc ją z sobą. Wymacał na ścianie włącznik. Zapalił się pojedynczy, niezbyt mocny kinkiet.
Z jej ciasnego koka nic nie zostało. Jego koszula straciła kilka guzików. Kiedy położył ją ostrożnie na łóżko, zawisając nad nią, wspomnienia zaatakowały Milę ze zdwojoną siłą. Bezpieczeństwo. Ciepło. Miłość. To zapamiętała z ich wspólnego mieszkania, a miękkość hotelowego materaca, oddech Petera i jego pełne pasji pocałunki dały jej duszy poczucie powrotu do domu. Myliła się wcześniej; noce spędzane z Luką nie miały w sobie nawet namiastki tych uczuć, które wybuchły w niej po niespełna dwóch latach wyciszenia. Choć nie mogła w to uwierzyć i jakiś głos w jej głowie krzyczał, że jest szalona, że nie zasługuje, że nie powinna, to jednak fakt pozostawał faktem: znowu znajdowała się w kochających ramionach Petera.
Uniósł jej sukienkę, a ona sama podniosła się, żeby ją zdjąć przez głowę. Chwilę później Peter nie miał już spodni z garnituru. Niedoszłego garnituru ślubnego.
Prevc nagle zwolnił. Dysząc w dalszym ciągu, spojrzał na leżącą pod nim Elin, ledwie oświetloną słabym żarem kinkietu gdzieś zza nich. Jej oczy błyszczały, a usta były niemal bordowe i rozmazane. Zmarszczyła brwi.
— Coś się stało? — wyszeptała ledwie dosłyszalnie, jakby bała się, że go spłoszy.
Peter powoli rozjaśnił swoją twarz w uśmiechu. Zaśmiał się cicho.
— Właśnie zupełnie, jakby nic — odszepnął.

Po chwili znowu byli zupełnie nadzy przed sobą. Nie było żadnych sekretów, żadnych nieporozumień. Ich ciała znalazły wspólny język, ale nie zdołałyby tego zrobić, gdyby nie uprzedziły ich dusze. Zaplątani w kołdrę, własne głośne oddechy i ciała, wili się w ostatecznym akcie wzajemnej miłości, spalali w desperackim błysku przeszłości. To nie był dowód na ich zezwierzęcenie — żadne z nich nie powiedziałoby: „Przespaliśmy się ze sobą”. Jedno i drugie powiedziałoby: „Kochaliśmy się”.
I razem dodaliby: „Na nowo”.

* * *

Pierwsza obudziła się świadomość, która pociągnęła za sobą leniwie powieki. Obraz początkowo był zamglony, ale po kilku sekundach się wyostrzył.
To nie były jej ściany, jej podłoga, jej pościel, jej łóżko. Łóżko, które z kimś dzieliła. Wtedy wróciły do niej wspomnienia z poprzedniej nocy. Intensywne, przyjemne i... niepokojące. Poczuła uderzenie adrenaliny. Cicho i powoli podniosła się na rękach, z pozycji siedzącej rozglądając się po pokoju. Zza uchylonego okna dochodził śpiew ptaków i widoczna była szarość nieba. A przecież poprzedniej nocy gwiazdy były dobrze widoczne.
Potem zbudziło się nagie ciało z poczuciem, że znowu jest świątynią, nie tylko środkiem ukojenia bólu i tęsknoty. To początkowo błogie uczucie zostało niemal natychmiast zduszone.
Leżał obok niej, pogrążony w głębokim śnie. Zbyt długo go znała, żeby nie wiedzieć, że byle ruch by go nie zbudził.
Spojrzała na ich rozrzucone ubrania. Zadrżała.
Nie powinna była. Nie należało jej się. Nie mogła ranić w dalszym ciągu człowieka, który na to nie zasługiwał. Nie mogła mu pozwolić na wybaczenie, na zapomnienie jej win. Skoro on sam nie potrafił się zmusić do pozostania w niezgodzie, ona była gotowa mu pomóc.
Łzy cisnęły jej się do oczu. Przywykła do myśli, że na jej skorupie pojawiła się cała pajęczyna pęknięć. Że powoli traciłą filtr dla swoich uczuć. Że stawała się prosta do przeczytania jak otwarta księga. Dlatego musiała chronić to, co jej pozostało, by ostatecznie nie utracić siebie zupełnie.
Zagubiona, nie wiedząc, co robić, zrobiła to, co umiała najlepiej.
Uciekła.




* Celowo unikałam tematu nazwy miasta, w którym Elin żyje, ponieważ nie był to istotny dla fabuły szczegół. Teraz jednak konieczne było doprecyzowanie wszystkich szczegółów, stąd nazwa miasta brzmi Celje (i jest przecudowne! Z każdym researchem coraz mocniej zakochuję się w Słowenii), a hotel jest jak najbardziej prawdziwy. Co ciekawe, Celje leży na drodze między stolicą Słowenii, w której miały miejsce niektóre wydarzenia „Autobiografii”, Lublaną, a Mariborem, do którego niedoszli przyszli państwo Prevc wybrali się na dwudniową wycieczkę (o tym jest w pierwszej części „Polaroidu”). Hotel jest tak samo prawdziwy, jak i miasto, a czyta się go „Europa”, ponieważ w słoweńskim „v” po samogłosce, a przed spółgłoską zawsze czyta się jak „u”. Nie zmieniałam tego jednak w pisowni, bo to jednocześnie nazwa własna tego obiektu.


Bonus: sukienka Mili