poniedziałek, 10 kwietnia 2017

#15 Lęki nieuświadomione

[ ]

Nigdy nie kryję się ze swoją niechęcią takich miejsc, ale nie chciałam słuchać więcej narzekań, więc poszłam na ugodę. W środku jest duszno, ciemno, migające światła doprowadzają mnie do szału. Gdzie bym się nie odwróciła, tam czuję opary alkoholu z cudzych ust. Kiedy ja nie mogę nawet kropli.
Mówię Judycie, że wychodzę, bo zaraz tu nie wytrzymam. Przeciskam się przez falujący tłum do oszklonych drzwi. Na tarasie stoi kilkanaście osób, głównie palących, ale w pewnym sensie pokrzepia mnie świadomość, że nie jestem tu sama. Jeśli coś mi się stanie, najtrzeźwiejsza osoba w okolicy na pewno będzie w stanie zareagować. W oddali migocze powierzchnia wody basenowej, podświetlanej od spodu. Słychać śmiechy, rozmowy, jest gwarno. Muzyka przedostaje się przez ściany.
To jedna z moich paranoicznych obaw, ale nie mogę się ich pozbyć. W mojej głowie wydają się całkiem realne. To wyjście to jedna z najodważniejszych rzeczy, jakie zrobiłam w ostatnich miesięcy. Nie wiem, czy słuszna. Jako niezbyt rozrywkowa osoba czuję się tu wyobcowana. Jakim cudem udało mi się zaprzyjaźnić z taką wystrzałową Judką? Ze wszystkich ludzi na świecie, tylko ona nie uważa mnie za wariatkę. Choć dzisiaj nie wykazała się szczególną troską o moje nerwy. Ale przecież jej się należy. Cały semestr marnowała dla mnie okazje do imprez. Nie mogę patrzeć, jak się męczy.
Nie wiem, czy wyjście zrobiło jakąś wielką różnicę. Na zewnątrz również panuje duchota. Muzyka dudni ze środka, ale tu o wiele wyraźniej słychać śmiechy, rozmowy, a nawet świerszcze w otaczającej nas trawie. Mimo to z ulgą opieram się o ścianę budynku. Odchylam głowę. Tak lepiej. Może to kwestia autosugestii, ale wydaje mi się, że tu jest jednak więcej powietrza.
Podobno nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zdiagnozowani. Ta myśl krąży po mojej głowie jak natrętna mucha każdego dnia, od rana do wieczora. Czy to może być prawda? Wiem, że organizm to machina, która psuje się i z czasem działa coraz gorzej, ale są i tak wadliwe systemy, które rozpadają się błyskawicznie, jakby niedane im było funkcjonować dłużej. Może naturalna selekcja nie jest takim złym pomysłem przyrody...? Mimo wielu starań lekarzy, nie potrafię uwierzyć, że jestem tak zwyczajnie szalona. Mój organizm pracuje źle, wiem o tym. Jestem o tym przekonana. Co z tego, że wyniki badań mam znakomite? Niektóre choroby kryją się tam, gdzie nikt nie chce zaglądać i niszczą cicho, niezauważalnie. Kiedy człowiek się orientuje, jest już za późno.
Wiem, że każdy z nas umiera co dzień, ba, co sekundę coraz bardziej, ale myśl o tym, że ja musiałabym żyć w „trybie przyspieszonym” bardzo mnie przytłacza. Wyobrażam sobie śmierć i bardzo się boję. W chwili prawdziwego umierania prawdopodobnie będzie mi wszystko jedno, ale nie chcę tego. Nie znam tego. Nikt tego nie zna. Nikt nie potrafi opowiedzieć. Czy to naprawdę jest tunel, światło i koniec? Czy może to, co opowiadają ci, którzy otarli się o śmierć, to tylko efekt niedotlenienia mózgu? W takich momentach wytwarzamy obrazy. A może tak właśnie to wygląda...
Zaczynam szybciej oddychać. Nie mogę o tym myśleć, nie wolno mi. Niepotrzebnie się pobudzam. Tylko tego mi brakuje – ataku w trakcie imprezy. Jakby zależało mi na zwróceniu na siebie uwagi. Gdyby tak było, zachowałabym się jak te dziewczyny w środku. Czyjąś uwagę na pewno bym zwróciła.
Wzdrygam się. Cóż, pewne obrazy zostają w naszym mózgu już na zawsze. Niestety.
Nie zależy mi na tym – ani na uwadze kogoś konkretnego, ani w ogóle. Nie sądzę, bym była zdolna zawiązywać zdrowe, normalne relacje międzyludzkie. Z Judką to co innego. Ona mnie zna od zawsze. Wie, jakim jestem świrem, widziała mnie w każdej chwili i rozumie (poniekąd), co się dzieje pod moją strzechą. Nie ucieka w panice, kiedy zaczynam zapadać się w czarną otchłań własnych myśli. Po prostu tłumaczy mi, po raz tysięczny, że to tylko bzdurne pomysły, pomylone impulsy w moim mózgu. Że jestem z nią. Że czuję jej zacisk na swojej dłoni. Że dopóki ona tu jest, nic mi się nie stanie. I tak, zna numer na pogotowie, ale na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent nie będzie musiała go wybierać.
Mam tabletki, których nie mogę odstawić już nigdy w życiu. Bardzo długo namawiano mnie, żebym je wzięła. Naprawdę dzielnie stawiałam opór – w końcu to poważna decyzja. Opierałam się przez okrągły rok pełen badań, wizyt u specjalistów, cierpienia, duszności, bólów, niepokoju. W końcu, kiedy eksplodowałam podczas wesela kuzynki do tego stopnia, że konieczne było wzywanie karetki, poddałam się. Nie mogłam dłużej oglądać zmęczonej, zmartwionej twarzy mamy ani zagniewanej miny taty, i ugięłam się.
Przez tydzień przepraszałam kuzynkę za zepsucie imprezy jej życia. Nie potrafiłam sobie tego wybaczyć. Prawdę mówiąc, nadal chyba nie potrafię. Ale nie wspominam o tym swojej terapeutce. Im mniej wie, tym lepiej śpi.
Teraz powoli uczę się stawiać kroki sama. Chodzić bez towarzystwa, nie myśleć o tym, że coś mi się stanie. Przecież nie musi. Wystarczy zachować spokój.
Uśmiecham się ironicznie pod nosem. Mój oddech zwalnia. Widzisz? Wszystko jest dobrze. Nie ma się co denerwować, pokrzepiam się. Wycieram dłonią pot z czoła. Serce się uspokaja. Nogi przestają drżeć. Jest dobrze. Jest dobrze.
Każdego z nas życie wrzuca w inne turbulencje. Rzadko mamy okazję wybrać sobie ich rodzaj. Ale musimy je pokonywać, przedzierać się przez nie, mimo że trzęsie i rzuca nami na wszystkie strony. Nie wolno nam tracić siły, chociaż czasem to bardzo trudne. Łatwo jest się poddać, ale gorzej znieść tego konsekwencje. Czy to nie jest dobry powód do tego, by szukać wyjścia, przeczekać najgorsze?
Słyszę stłumione śmiechy i drzwi po mojej prawej otwierają się, zakrywając mnie skrzydłem. Widzę grupkę mężczyzn, ale ostatecznie na zewnątrz wychodzi tylko jeden. Stojące niedaleko mnie dziewczyny nie odrywają od niego wzroku. Jedna z nich łapczywie łowi go spojrzeniem. A on, jak gdyby nigdy nic, opiera się o ścianę po drugiej stronie drzwi, w dłoni trzymając szklankę z pomarańczowym drinkiem.
Haaa. Znam go. Oczywiście, że go znam. Teraz pozostaje mi tylko oczekiwać, aż drapieżne łowczynie skoczą do ataku. A przynajmniej jedna z nich – ta, która spojrzeniem wwierca mu się w mózg.
Wysoki – chociaż to miara dość relatywna. Bardzo szczupły, ale nie wątły. Blond włosy, starannie ułożone w modne zaczesanie. Ciemna koszula w dyskretną czerwoną kratę, czarne spodnie i wygodne buty. Nie widać tego z mojej perspektywy, ale wiem bardzo dobrze, że ma niebieskie oczy. I wiem, że gdyby się uśmiechnął, powaliłby na kolana co najmniej połowę żeńskiej części tej imprezy.
Unoszę brwi w lekkim zdziwieniu. Powinien zostać otoczony, ale na razie nic się nie dzieje, jakby ignorował natarczywy wzrok grupki. W końcu jednak spogląda na nie przelotnie i podnosi jeden kącik ust w czymś w rodzaju uśmiechu, ale bardziej do siebie niż w oczywistych celach do dziewczyn. Jest w tym coś nonszalanckiego.
Wzdycham, a to wywołuje u mnie kaszel. Czuję zwężającą się krtań. Przestań, to tylko zwykła ślina, wmawiam sobie, ale pętla wokół mojej szyi ciągle się zaciska. W płucach nic nie ma, ale czuję potrzebę odkasływania. Pochylam głowę, opierając ręce na udach i starając się wyrzucić z siebie fantomową dolegliwość, kiedy zauważam coś, co zasłania mi dopływ światła z prawej strony.
– Wszystko w porządku? – pada pytanie po angielsku.
Podnoszę głowę, przestając kaszleć, i momentalnie dębieję. Muszę wyglądać na jeszcze większą wariatkę, niż zwykle jestem, bo na czole mojego nowego towarzysza pojawia się bruzda niepokoju.
Nie umiem odpowiedzieć. Pętla zgniata mi struny głosowe, puszcza jednak moje płuca. Nie kontroluję już oddechu, bo nie stanowi on już problemu.
Zerkam ponad jego ramieniem. Grupka posyła mi mordercze spojrzenia. Czy ja coś zrobiłam? Za głośno kaszlałam czy jak?
Patrzę na niego jak cielę.
– Tak – chrypię w końcu.
– Na pewno?
Przytakuję.
– Myślałem przez chwilę, że masz jakiś atak... czy coś.
Kręcę głową.
Zapada chwilowa cisza. On opiera się o ścianę obok mnie, częściowo zasłaniając drzwi. Podnoszę na niego oczy w zdziwieniu.
– Możesz już iść, nic mi nie będzie.
– Wolę tu postać. Nie czuję się zbyt dobrze w pobliżu tamtej grupki. Twój kaszel był idealną wymówką, żeby się stamtąd ruszyć.
Milczę. Nie mam ochoty z nim gadać. Widziałam go w środku. Ba, widziałam go o wiele wcześniej. Założył dziwne wdzianko, zapiął długie narty i trzy razy na nich skoczył z baaaardzo wysokiej górki. I nie to, żebym uważała go za wariata (to byłaby trochę hipokryzja), ale... nie czuję się zbyt komfortowo. Obserwowanie go z pewnej odległości było przyjemniejsze.
Serce mi wali. Stresująca sytuacja – coś, czego w życiu mam powyżej uszu.
– Przyszłaś tu sama?
– Nie, w środku jest moja przyjaciółka i kilka koleżanek – ucinam chłodno.
Wiem, że próbuje ściągnąć na siebie mój wzrok, ale ja wolę go wbijać w migoczącą powierzchnię basenu.
– A ty je zostawiłaś, bo...?
Zgrzytam zębami. Nie podoba mi się to przesłuchanie.
– Bo było mi gorąco.
Milczymy przez minutę czy dwie, a ja się zastanawiam, ile czasu musi minąć, żeby facet zrozumiał, że ma sobie pójść. Uparcie nie odwracam na niego wzroku.
– Czy... zrobiłem coś nie tak? Wydajesz się trochę zła.
Pocieram dłonią czoło, wzdychając.
– Po prostu mnie zestresowałeś.
– Kiepska odporność na nerwy?
– Powiedzmy.
Czy on może sobie iść? Przełamuję się jednak, by mu poprosić go o chwilę samotności i w momencie, w którym spoglądam mu w oczy, słowa grzęzną mi w gardle. I nie, nie dlatego, że jego uroda robi na mnie wrażenie, ale paraliżuje mnie myśl, że patrzę prosto w oczy osobie, która dotąd wydawała mi się odległa o tysiące mil, mimo że już dziś przeszła niedaleko mnie po swoim skoku. To uczucie unieruchamia mnie w całym ciele.
Szybko odwracam wzrok.
– Nie czuję się dobrze w rozmowach z nowymi ludźmi.
Słyszę jego cichy śmiech.
– Zawsze możemy udawać, że się znamy od dawna.
Odwracam się do niego, też trochę rozbawiona.
– Mam udawać, że jesteś jedną z moich koleżanek?
– Jeśli ci to pomoże...
– Nie bardzo. – Czuję, jak rozluźnienie spływa wzdłuż moich nóg. Nie mogę opanować uśmiechu.
– W takim razie nie.
Milkniemy na chwilę.
– Co tutaj robisz? – pyta. – Nie wydajesz się dobrze bawić.
Wzruszam ramionami.
– Nie przepadam za imprezami.
Marszczy brwi.
– Więc dlaczego przyszłaś?
– Dla Judyty. – Patrzy na mnie bez zrozumienia, a ja zakrywam twarz dłonią i śmieję się z własnej głupoty. – Dla mojej przyjaciółki. Długo sobie odmawiała przyjemności z mojego powodu.
Zamyśla się na chwilę, jakby naprawdę analizował słuszność mojego podejścia.
– Coś się stało?
Macham ręką.
– Długo by mówić. Ale już wcześniej nie lubiłam imprez. Nie jestem ciekawą osobą.
Przez moment panuje cisza. On bierze łyk swojego drinka. Po tym instynktownie na siebie spoglądamy. Uśmiecha się łagodnie.
– A jednak rozmawiamy.
Znów wzruszam ramionami.
– Przypadek. Złudzenie pierwszych minut znajomości. Postój tu ze mną jeszcze kwadrans, a koledzy będą musieli cię zanieść do pokoju.
– Padnę z wrażenia? – śmieje się.
– Z nudów.
Przygląda mi się, co czuję i rejestruję kątem oka, ale ignoruję. Nie wiem, czego ode mnie chce i dlaczego woli moje towarzystwo od tych wystrojonych, pięknie umalowanych dziewczyn, ale nie chcę w to wnikać. Jakoś średnio obchodzi mnie jego motywacja. Zwłaszcza po popisie, który dał wcześniej w środku.
– Co w takim razie lubisz?
– Książki – wypalam bez zastanowienia. – Literaturę. Muzykę. Sztukę. Nikt normalny nie chce gadać o tym na imprezie.
Marszczy zabawnie nos, po czym odpowiada:
– Prawda. Dlatego zwykle na imprezach poznaje się byle kogo i byle jak.
Ach, więc tak to jest. W takim świetle Michael Hayböck postrzega tabuny dziewczyn, które obrastają go w klubie jak trujący bluszcz. Nie wiedzieć skąd, udaje mu się wyjść z tego bez uszczerbku na zdrowiu. Ma jakieś antidotum. Tylko jakie? Może ona? Może myśl o niej sprawia, że nie daje się złapać na dłużej w żadne sidła. Bluszcz nigdy nie zaplata się wokół jego szyi, nie może go udusić, bo Michael nosi w sobie antidotum, które nie pozwala obcemu organizmowi przejąć nad nim kontroli.
To musi być bardzo gorzki lek.
Ale tu i teraz Hayböck wydaje się zupełnie innym człowiekiem. Gdybym go nie widziała w środku, w życiu bym nie podejrzewała, że...
Dlatego właśnie nie chodzę na imprezy. Wolę poniekąd żyć we własnej bańce mydlanej. Tu jest bezpiecznie.
– Czy to, co się stało, było poważne? – Jego głos uświadamia mi, że nie powiedziałam ani słowa przez ostatnich pięć minut.
– Zależy, jak na to patrzeć – odpowiadam. – I tak, i nie.
Przygląda mi się wyczekująco.
– Ale nie powiesz co to, prawda? – pyta z cichym śmiechem.
Kręcę głową.
– Bo to bez znaczenia. Każdy z nas ma swoje trudniejsze momenty w życiu. To one nas kształtują.
Splatam ręce na klatce piersiowej. Jedną stopę opieram o ten sam mur, o który opieram także plecy. Myślę o tym, co do tej pory przeszłam, ale patrząc w przyszłość, nie widzę niczego. Nie powiedziałabym, że to czarna pustka, ale perspektywa dźwigania do końca życia tego krzyża przeraża. Bo choroby psychiczne nie przemijają, one tylko łagodnieją.
Spoglądam na niego.
– Tylko mi nie mów, że ty takich nie miałeś.
Uśmiecha się krótko, patrząc na swojego drinka. Jakby śmiał się do siebie.
– Miałem – odpowiada, przenosząc na mnie wzrok. – I to niejeden.
Wpatrujemy się sobie w oczy. Jestem nieugięta. Nie może mnie speszyć swoim uporem. Trafiła kosa na kamień, tak się to jakoś mówi.
– Czasem trudno jest się z nich do końca otrząsnąć, prawda? – drążę.
Przytakuje głową.
– Czasem nie wraca się po nich do siebie. Coś w nas pęka i nigdy się nie skleja.
– Trudno się pogodzić z nieodwracalnością niektórych spraw.
Upija łyk drinka. Kiedy spogląda w dal, na jego twarzy odbija się dyskretny, bladobłękitny blask falującej wody z basenu. Uśmiecham się kątem ust, wpatrując się w buty. Podnosząc głowę, przelotnie spoglądam na grupkę dziewczyn, które prawdopodobnie w tej chwili próbują mnie oczernić na tyle, na ile pozwala ich wyobraźnia. Dziwka, suka, głupia pizda... Trudno mnie zranić słowami. Słyszałam tyle obelg w życiu, że gdyby zamienić je na pieniądze, mogłabym wyleczyć głód na świecie.
Nie zamierzam jednak spoczywać na laurach.
– A zapomnienie o nich jest niemożliwe.
Znów przytakuje, nadal z pokrętnym, nieco zgorzkniałym uśmieszkiem na twarzy.
– Są sprawy, na które nie mamy wpływu – ciągnę.
Milczy tajemniczo. Nie uśmiecha się już. Podnosi jednak zwieszoną do tej pory głowę i przygląda mi się uważnie, jakby studiował fakturę mojej twarzy. W jego oczach dostrzegam niebezpieczny błysk.
– A może tylko nam się wydaje? – Nie spuszcza ze mnie wzroku, ale ja nie daję się podejść. Mimo to czuję niepokój. – Może tylko głosy w naszej głowie próbują nas zniewolić?
Czuję, jak fala gniewu zalewa moją twarz. Krew uderza mi do głowy. Zaczynam nerwowo przestępować z nogi na nogę. Nie zbija mnie to jednak z pantałyku; mocniej splatając ręce na klatce piersiowej, odwracam się do niego całym ciałem, natarczywie łapię jego wzrok. Muszę włożyć sporo wysiłku w kolejną odpowiedź:
– Gorzej, jeśli nakłaniają nas do nadużywania czyjegoś zaufania.
Przez chwilę nie odpowiada, a ja dostrzegam, jak jego założone ręce napinają się, palce wbijają ramiona. Zaciska nawet szczękę.
– Miałem kuzynkę z nerwicą lękową.
Prycham i wracam do opierania się plecami o mur. Cóż za wyrafinowana taktyka. Patrzę niezainteresowanym wzrokiem na grupę trzydziestolatków, którzy właśnie wybuchnęli śmiechem.
– Zepsuła kiedyś komuś wesele?
– Nie. – Nie widzę go, ale w jego głosie dźwięczy nutka zaciekawienia.
– To ma farta w życiu.
Staram się opanować gniew. Nie mogę się wzburzać, to nie działa dobrze na moje wymęczone szare komórki. Może mi się nawet zrobić zwarcie takie, że nigdy nie wrócę do siebie. Takie na amen.
– Nie trzeba mieć wcale nerwicy lękowej, żeby bać się wielu aspektów życia. – Nie patrzę na niego, bo chcę odbudować swoją przewagę.
Słyszę, że odwraca się i opiera teraz bokiem o ścianę.
– Ale czasem lęk to dobra wymówka.
Opieram się w podobny sposób. Nadal jesteśmy w bojowych postawach i żadne z nas nie zamierza prędko skapitulować.
– Z tym akurat mogę się zgodzić – odpowiadam, niemal smakując jad, który zdaje się teraz spływać wzdłuż mojego języka. – Niektórym wydaje się, że niezaleczone rany usprawiedliwiają ich podłe czyny. Na wypadek, gdyby tak myśleli, uprzedzam: nie ma dla nich żadnej wymówki. Wszyscy jesteśmy podobnie okaleczeni.
– Paraliżujący lęk też nie jest wymówką, by poddawać się, zanim w ogóle się spróbuje. – Niezbity z pantałyku, odpiera atak. Sprytnie omija niewygodne kwestie. – Nie wszystkie leki da się kupić w aptece. A może – jego głos zaczynał rosnąć – niektórzy tak dobrze się poczuli w samotności, że samolubnie nie chcą rezygnować z takiej wygody. Bo boją się, że znowu się zawiodą.
Czuję, jak mięśnie nóg zaczynają mi drżeć.
– Ryzyko ma wysoką cenę. Nie zawsze warto ją płacić.
– Dlatego lepiej się zamknąć?
– Lepsze to, niż dopuszczać do siebie każdego chętnego.
Michael prawdopodobnie kalkuluje, ile dziś zdążyłam zobaczyć, ile o nim wiem sama. A może szuka mojego kolejnego słabego punktu? Świdruje mnie oczami, a ja nie opuszczam placu boju.
– Kosztem czyjegoś zaufania – dodaję, wykorzystując panujące nadal milczenie.
Nie przestaje na mnie patrzeć. Linia jego szczęki się uwidacznia, knykcie bieleją. W jego oczach pobłyskuje groźnie gniew – odnoszę jednak wrażenie, że nie jest skierowany przeciwko mnie. Hayböck zwyczajnie kiepsko znosi porażki.
Czuję napływ wstydu. Tak łatwo go oceniłam – on tego przecież nie zrobił wobec mnie. A jeśli codziennie toczy ze sobą taką walkę? Jeśli każdego ranka próbuje coś zmienić, ale nie zawsze mu wychodzi? Są dni, kiedy idzie lepiej, a są i takie, kiedy zupełnie gubi się w tym, kim jest, czego chce, co czuje. Ironia tkwi w tym, że bardzo dobrze to znam. A mimo bez zastanowienia skrytykowałam jego postawę.
Nie potrafię mu spojrzeć w oczy.
– Czasem jedyny lęk, jaki czujemy, to ten przed prawdą naszych uczuć – mówię cicho.
Toczę wzrokiem ku górze. Gniewny blask zmatowiał, zniknęła bruzda na czole. Zamiast tego widzę zmieszanie, rumieniec łączących się w jedno faktów. Gdy w końcu koncentruje się na mnie, mówi szeptem:
– Albo przed nami samymi.
Czy można bać się siebie? Czy można czuć przerażenie na myśl o tym, kim się naprawdę jest? Czy można bać się własnej nieprzewidywalności? Czasem mury obronne nie służą ochronie przed atakami z zewnątrz – mają chronić świat po drugiej stronie przed tym, co kotłuje się w środku. Można się lękać życia, ale bywa, że wynika to z tego, że skoro nie zna się siebie, to skąd czerpać odwagę, by iść w świat, który jest jeszcze bardziej obcy niż my sami?
Ważne, żeby mury dało się zburzyć. Są rzeczy, których niedane jest nam poznać do końca. Czy jest w ogóle choć jedna taka rzecz? Kiedy już wychodzimy w ten niepewny świat, musimy być świadomi, że nieraz będziemy czuli, że jego obcość nas przytłacza. Że on sam próbuje się nas pozbyć, zepchnąć z wytyczonego szlaku podróży. Być może nawet przez to zbłądzimy.
Ale nie liczą się zniknięcia, ważniejsze są powroty. Trzeba mieć ten malutki kompas, który zawsze będzie nas kierował na dobrą ścieżkę. Niektórzy o nim zapominają, a przecież on nigdzie ni znika. A może paradoksalnie próbują zapomnieć, bo boją się, że go stracą? Jakby bali się powrotu do domu. Jakby bezpieczeństwo wydawało im się gorsze od zagrożenia.
Nić naszego wzajemnego spojrzenia przerywa głośne otwarcie drzwi. Odsuwamy się od siebie, a Michaela okrążają kumple. Niestety, wszystkich znam. Śmieją się i mówią coś o „przyjemnym towarzystwie na resztę wieczoru”. Hayböck wydaje się tylko połowicznie odpowiadać na ich słowa. Jakby nadal zbierał to, co właśnie mu się rozpadło w rękach.
– Każdy z nas przynajmniej raz znajduje się na kursie kolizyjnym. – Odwraca się na mój głos, koledzy milkną. – Możesz brnąć ślepo ku zderzeniu albo zmienić kierunek. To zależy tylko od ciebie.
Zza ich pleców wyłania się Judyta, która wyrzuca ręce w powietrze w pełnym dezaprobaty geście.
– Olga, gdzie ty się szlajasz? Już się bałam, że...
Judyta spogląda na grupę austriackich skoczków, na twarz wpatrzonego we mnie Michaela i na mój lekki uśmiech, który mu posyłam. Jej mina mówi wszystko. Zbliżam się do niej, nie spuszczając twarzy Hayböcka z oczu. Ten wodzi za mną wzrokiem, kiedy powoli oddalamy się w kierunku sali.
– Mam nadzieję, że o tym nie zapomnisz.

Moje słowa rozpływają się w letnim powietrzu jak papierosowy dym, a w mojej głowie gaśnie widok Michaela.



Chciałabym tylko dodać, że zamieszczony tu portret Michaela został WYKREOWANY przeze mnie. Nigdy nie byłam świadkiem jego imprezowania i, prawdę mówiąc, nie zamierzam być.

Oneshot jest dostępny także na platformie Wattpad.

Nieskończeni